Witamy serdecznie na stronie internetowej Oddziału Łódzkiego
Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy.

Mamy nadzieję, że ułatwimy Państwu docieranie do rzetelnej informacji. Tutaj chcemy prezentować wielkość oraz problemy naszego Kościoła, zagadnienia społeczne, cywilizacyjne, publikacje członków Stowarzyszenia, stanowiska w ważnych kwestiach. Nie będziemy konkurować w informacjach bieżących z innymi portalami (niektóre z nich wskazujemy w odnośnikach), natomiast gorąco zapraszamy do lektury wszystkich tekstów - ich aktualność znacznie przekracza czas prezentacji na stronie głównej. Zachęcamy do korzystania z odnośników: "Publikacje" i "Polecane". Mamy nadzieję na stały rozwój strony dzięki aktywnej współpracy użytkowników. Z góry dziękujemy za materiały, uwagi, propozycje.
Prosimy kierować je na adres: lodz@katolickie.media.pl

Publikacje polecane

Prof. Piotr Gliński o przemocy w polityce: "Mamy wojnę"

W Polsce trwa wojna. Wojna to jak wiadomo przedłużenie polityki za pomocą siły. W naszym wypadku stosowana jest przede wszystkim siła propagandy, siła instytucjonalna, przemoc ekonomiczna, przemoc symboliczna i przemoc wynikająca z kontroli środowiskowej, wreszcie – jak na razie jeszcze znacznie rzadziej – także przemoc fizyczna. Mamy z nią do czynienia w wypadku brania siłą przez władzę jeńców, chociażby niegrzecznych kibiców (nie mam na myśli stadionowej łobuzerii) czy internautów oraz wtedy, gdy władza ucieka się do ulicznych prowokacji, z czym mamy już regularnie do czynienia w Święto Niepodległości.

Ta wojna dzieli Polaków, na tych właściwych, „nowoczesnych” i tych, których należy się wstydzić, na tych, którzy mają dostęp do zasobów publicznych, stanowisk, źródeł informacji, i tych, którym się tego odmawia, drwiąc z ich bezradności. Podziały dotyczą rodzin, środowisk zawodowych, wspólnot lokalnych, kolegów i przyjaciół. Jedni, jak władza i „cywilizowana” opozycja (głównie SLD, ale także inni – byleby wrogo nastawieni wobec PiS‑u) mają swobodny dostęp do publicznego majątku i instytucji, ale także np. do najpotężniejszych prywatnych mediów; innym – przede wszystkim to Prawo i Sprawiedliwość, największa partia opozycyjna, a według sondaży także opcja polityczna znajdująca największe poparcie wśród Polaków – odmawia się prawa do cywilizowanego funkcjonowania we współczesnej Polsce. Nie pozwala się im na przykład wynająć za własne środki sali w pałacu Staszica czy w zakładach Rawar, przesłuchuje się ich w mediach i nieustannie, kłamliwie „formatuje”. PiS, jako cel tej wojny, ma być obciachowy z definicji, z automatu, trędowaty, taki, z którym nikt porządny nie ma nic wspólnego. Chodzi o to, by – gdy padnie pytanie o argumenty – odpowiedzią było: „bo to jest takie pisowskie”. I nic więcej. Żadnej rozmowy, żadnych debat. Bo to „więcej” może oznaczać początek racjonalnego myślenia, wątpliwości, może po prostu być zbyt niebezpieczne. Jak to z myśleniem na prawdziwej wojnie…

Zło jako metoda wojenna

Zresztą taką wojnę, trzeba to uczciwie przyznać, od dawna obiecywano. Jawnie zapowiadano. Tylko nie chcieliśmy w to uwierzyć. Wydawało się, że żyjemy w cywilizowanych czasach, w spokojnym, demokratycznym kraju. I nikomu nie przyjdą na serio do głowy nowe, brutalne standardy rozwiązywania spraw międzyludzkich za pomocą systematycznego niszczenia i odbierania praw obywatelskich, kulturowych i ekonomicznych. A przecież wystarczyło dobrze słuchać: Donald Tusk w wywiadzie dla „GW” przeprowadzonym przez panie Kublik i Olejnik w styczniu 2006 r., a więc raptem po kilku tygodniach rządów PiS‑u, mówił: „Jak ktoś się wychował na podwórku, to dobrze wie, że kluczowe znaczenie ma to, kto pierwszy uderzy”, i dodaje: „Trzeba by wypowiedzieć obywatelskie posłuszeństwo”, a usłużne dziennikarki dopytują: „Ludzi wyprowadzić na ulicę?”. Lider ówczesnej opozycji nie zaprzecza… Już jako premier szybko stworzył system, który „uderzył”. Niczym nowy Jaruzelski rozpoczął wojnę z tymi rodakami, którzy myślą inaczej. Wojnę na wyniszczenie. Wojnę, w której druga strona ma po prostu przestać istnieć. Ot tak, po prostu. Bo jak można żyć „w jednym kraju” z wiochą, moherami i pisiorami… Wojnę, w której nie ma miejsca w sferze publicznej dla „innych”, dla „nie naszych”. Nie ma prawa do pomnika, do rządowej renty, do zorganizowania konferencji naukowej czy wynajęcia sali na niewłaściwy odczyt… Minister rządu PO nawoływał wprost do „dorżnięcia watahy”, przez sześć lat rządów główną socjotechniką rządzenia było mobilizowanie Polaków wokół ZŁA, propagandowo przypisanego, przyspawanego na stałe do głównej siły opozycyjnej, która miała zostać wypchnięta w ten sposób poza granice „cywilizacji”. W tym celu uruchomiono potężny przemysł pogardy, zaprzęgnięto kłamstwo, oszczerstwo i czyste zło, do walki politycznej „na śmierć i życie”. Bo śmierć też już była: zwolennik i były członek PO zabił pana Marka Rosiaka, pracownika biura PiS‑u w Łodzi. Zabił z nienawiści, niejako w zastępstwie za lidera opozycji, którego nie mógł dosięgnąć.

Dla kogo śmierć?

Całkiem niedawno premier polskiego rządu w kolejnym agresywnym przemówieniu stwierdził przecież wprost, że jest gotowy do dalszej walki „na śmierć i życie”. Czyli, przepraszam, dla kogo ta śmierć? Tak lekko licząc dla tych paru milionów Polaków, którzy głosują na PiS, albo może dla tych kilkunastu milionów, którzy wg sondaży mają dość premiera Tuska i jego rządu? Dla tych z górą czterech milionów Polaków, dla których nie ma pracy w państwie kierowanym przez PO i siedzą na bezrobociu albo szukają szczęścia za granicą? Używanie zła w polityce, o czym wiedzą spece od marketingu politycznego, bywa niestety skuteczne. Ale skuteczne jedynie w zdobyciu i utrzymywaniu władzy. A nie w rozwiązywaniu ludzkich spraw i czynieniu dobra publicznego, do czego polityka służyć powinna. Trzeba to jasno powiedzieć: zło używane w życiu publicznym, dla utrzymywania władzy, strukturalnie niejako uniemożliwia realizację głównego celu, dla którego wybieramy w demokracji polityków do reprezentowania społeczeństwa i właściwego kierowania naszym życiem społecznym i gospodarczym, tak by najlepiej realizować interes ogólny. Można za pomocą słynnego kłamliwego „spotu zła”, przedstawiającego zwolenników PiS‑u jako troglodytów, utrzymać się przy władzy w wyborach roku 2011. Można za pomocą manipulacji medialnych, łamania standardów etycznych Rady Europy i polskiego prawa, obniżyć skutecznie frekwencję w referendum warszawskim, ale te same techniki i ci sami ludzie wynajęci do ich bezwzględnego stosowania na politycznym placu boju nie nadają się do racjonalnego programowania i realizacji polityk społecznych i gospodarczych, do prowadzenia polityki w imię dobra ogólnego, rozwiązywania trudnych spraw systemu zdrowia, systemu emerytalnego, gospodarki czy edukacji. Potrzebne są tu inne zasoby i kompetencje. Zresztą polityka wojenna, odwołująca się do manipulacji złem, jest tu nawet szczególnie przeciwskuteczna, gdyż na ogół niszczy i ogranicza owe potrzebne w polityce, nakierowanej na dobro wspólne, zasoby i kompetencje. Na przykład opiera się na grupach interesów, które Andrzej Zybertowicz nazwał kiedyś antyrozwojowymi. A więc, niejako z definicji, niezdolnych do realizacji dobra wspólnego.

Wojna sprawiedliwa?

Trzeba też przyznać, że liczne grono prorządowych intelektualistów od lat trudni się uzasadnianiem celowości i moralnych podstaw prowadzenia przez obecne polskie władze wojny z opozycją polityczną i milionami jej zwolenników. Liczni profesorowie, publicyści, artyści i celebryci dowodzą głębokich racji uzasadniających prowadzenie wyniszczającej wojny toczonej ze znaczną częścią Polaków. Niektórzy z nich piastują rozmaite rządowe funkcje i są opłacani przez establishment, ale nie przeszkadza im to uczestniczyć w owej wojnie na płaszczyźnie, powiedzmy, intelektualnej. Formułowane są więc całkiem poważnie tezy o antysystemowości największej polskiej partii opozycyjnej, o dwóch Polskach, z których ta druga jest skazana na wymarcie. Wielokrotnie słyszeliśmy o motłochu i faszystach (ilu nas jest, tych brunatnych: trzy, cztery miliony?). No i o tym, że z takimi się nie dyskutuje, co zresztą niektórzy rządowi profesorowie wprowadzają w czyn na konferencjach naukowych, odmawiając dyskusji z akademikami o niewłaściwych poglądach; a niektórzy artyści odmawiają z kolei udziału w niewłaściwych (też faszystowskich?) filmach. My, według nich, mamy przestać istnieć, wyjechać gdzieś z „tego kraju” (na Madagaskar?), samoanihilować się, nie przeszkadzać w dalszym, owocnym procesie modernizacji państwa….

W naukach społecznych istnieje pojęcie wojny sprawiedliwej. Ta wywołana przez ekipę Tuska jest, według establishmentowych interpretatorów, właśnie wojną jak najbardziej sprawiedliwą, bo to przecież wojna z prowincjonalnym ciemnogrodem i kruchtą, z nienormalnością i rasizmem. A w takiej wojnie, bardzo sprawiedliwej, przeciwnik ma przecież przestać istnieć, jeńców się nie bierze, a bezwartościowy motłoch wyrzyna w pień, łącznie z kobietami, starcami i dziećmi (ze szczególnym uwzględnieniem sześciolatków i przyszłych emerytów). Dorobek i twórcy intelektualnego zaplecza tej wojny ekipy Donalda Tuska z własnym społeczeństwem przejdą do historii polskiej inteligencji jako jedna z najczarniejszych jej kart.

Wojenne sojusze

W każdej wojnie istotne znaczenie ma stworzenie odpowiedniej koalicji. Aby wygrać wojnę domową, zwłaszcza gdy nie ma się mocnych argumentów natury merytorycznej, należy rozejrzeć się za mocnymi sojusznikami. Upleść sieć mocnych grup interesów. Z tego punktu widzenia cytowany na początku tego teksu wywiad w „GW” jest nad wyraz symboliczny. Bo to przecież to medium, wywodzące się z tradycji demokratycznej opozycji, jako pierwsze zaczęło budować rozmaite kładki, mosty i sojusze z postkomunistami, najpierw wokół idei antydekomunizacji i antylustracji, a wkrótce także (a może zresztą kolejność była odwrotna?) wokół twardych interesów ekonomicznych, starej i nowej nomenklatury. I tą drogą szybko podążył, zachęcany zresztą przez środowisko GW, „Polityki” i resztę tzw. salonu (zgodnie z hasłem „Tusku, musisz!”), lider PO ze swoją ekipą. W celu prowadzenia wojny zbudowano potężny sojusz postkomunistycznych i transformacyjnych grup interesów (te zbiory zresztą w znacznej mierze się pokrywają). Powstał, jak trafnie diagnozuje to w swojej ostatniej książce prof. Andrzej Zybertowicz, wielopiętrowy system klientelistyczny. Dodatkowo, dobrze służący trzeciemu sojusznikowi owej koalicji, jakimi są najmocniejsi w naszym sąsiedztwie gracze zagraniczni. To oni dyktują nam wciąż najwyższe w Europie (z wyjątkiem Macedonii) ceny gazu (mimo że rząd premiera Tuska miał możliwość szybszej dywersyfikacji dostaw tego surowca), to oni zachowali swoje stocznie, gdy nasze zostały przez obecną władzę doprowadzone do likwidacji, to oni, jako wykonawcy inwestycyjni korzystają z „naszych” funduszy europejskich, naszego rynku i polskich poddostawców. To oni też grożą odcięciem źródeł surowców i obniżeniem ratingów w wypadku zmiany w Polsce rządu na bardziej samodzielny.

Ten potężny sojusz stworzony do walki z własnym społeczeństwem bardzo sprawnie zinstytucjonalizowano na wielu płaszczyznach. Instytucje państwowe, „zaprzyjaźnione” instytucje prywatne i zagraniczne nastawiono na cele wojenne. Rządzenie polegające na dążeniu do rozwiązywania społecznych problemów jakoś w Polsce pod rządami PO się nie przyjęło. Celem głównym była i jest wojna, bo ona zapewnia władzę. Służą do tego przede wszystkim usłużne wobec establishmentu media, w których wpływy obu sojuszników obecnej władzy, tj. postkomuny i kapitału zagranicznego, są dominujące. Ten swoisty sojusz instytucjonalno-propagandowy jest już od dawna zupełnie otwarty i cały czas doskonalony. Ostatnio, w zażartej wojnie o warszawskie referendum innowacyjnie połączono siły prorządowych mediów, samorządowych urzędników i usłużnych ośrodków badania opinii publicznej (skłonnych przeprowadzić „badania” na każdy, nawet najbardziej bezsensowny poznawczo, ale przydatny propagandowo temat) i – najprawdopodobniej – skutecznie zniechęcono wielu warszawiaków do zachowań obywatelskich. Ten zblatowany sojusz, wbrew oczywistym standardom demokracji, wsparły zresztą także apelami o bojkot referendum najwyższe osoby w państwie. A języczkiem u wagi był, jak się wydaje, zachęcony do bierności elektorat postkomunistyczny. Nowa i stara „elita” dowiodły swoistego „braterstwa krwi”, choć akurat wiele krwi to ich nie kosztowało… dowiodły raczej, że wciąż są w stanie wspólnie uratować własną skórę. Od dawna wiedzą, że w gruncie rzeczy jadą na tym samym wózku. I lojalnie służą sobie nawzajem. W mediach i nie tylko. Niedawno opublikowane „Resortowe dzieci” potwierdzają tę smutną konstatację. Bezczelność kłamstw i manipulacji medialnych w TVN-ie, „GW” czy TVP Info, i nie tylko, dawno już przekroczyły wszelkie standardy przyzwoitości. Dodatkowo, prawie nikt nie stara się już walczyć z tym przemysłem kłamstwa, gdyż przeciętny obywatel, a nawet duża partia opozycyjna nie ma na to czasu i zasobów, a stan polskiego wymiaru sprawiedliwości skutecznie odstrasza od wszelkich prób ubiegania się o demokratyczny ład i sprawiedliwość. Żyjemy w medialnej, mainstreamowej dziczy i nie jesteśmy w stanie wiele zmienić w tej dziedzinie. Red. Barbara Czajkowska w godzinnej rozmowie z Jerzym Owsiakiem, w kontekście wyników sondaży wyborczych, martwi się otwarcie, że – cytuję z pamięci – „grozi nam powrót facetów w czerni”. Cóż to za retoryka, cóż to za misja telewizji publicznej?

Rzeczpospolita wojenna

Rzadko uświadamiamy sobie banalną prawdę, że rząd obecnego premiera Polski nie utrzymałby się ani sekundy dłużej, gdyby nagle opuściły go media i ich ulubieńcem został – powiedzmy – lider opozycji. Ani sekundy. Cóż to za rząd? Cóż to za legitymacja do rządzenia, która opiera się tylko na propagandowej przemocy? No ale żeby tę legitymację utrzymać, potrzebna jest właśnie owa przemoc, potrzebna jest wojna. A przecież w obecnej sytuacji po stronie władzy walczy także cała sieć innych instytucji: usłużne sądy, wyznaczające rozprawy zgodnie z zamówieniem właściwej opcji politycznej, i prokuratura, udostępniająca w odpowiednim czasie, oczywiście całkowicie przypadkowo, dokumenty z ważnych śledztw; spółki skarbu państwa, w których posady traktowane są jak łapówki; wielotysięczne urzędnicze armie zdolne sabotować wszelkie prawa demokratycznej opozycji, w tym także demokratyczne procedury głosowań; rektorzy wyższych uczelni ścigający niepokornych profesorów itd., itp. Ilu urzędników boi się o swoją posadę i nie pójdzie na referendum organizowane przez opozycję, ilu dyrektorów szkół nie zaprotestuje przeciwko idiotycznym „reformom” oświatowym, ilu prywatnych przedsiębiorców wystrzega się jakichkolwiek kontaktów z opozycją, bo zostaną naznaczeni „upolitycznieniem” (co oczywiście nie grozi w wypadku kontaktów z władzą). System pilnuje okopów, dba o sterylność: wolność dla naszych, inni precz! Oto podstawowe cele i zadania instytucji III RP. Rzeczpospolitej wojennej.

http://niezalezna.pl/50013-prof-piotr-glinski-o-przemocy-w-polityce-mamy-wojne


***

Piotr Gliński: Zniszczenia wojenne. System pilnuje okopów

Każdego uważnego, zewnętrznego obserwatora spraw polskich zdumiewa skala i totalny charakter polskiej wojny domowej opisanej przeze mnie w poprzednim numerze „Gazety Polskiej Codziennie”. Kto narazi się władzy, jest naznaczony jako jej wróg, w najlepszym razie zostaje tylko „pisiorem”, jeżeli nie od razu faszystą czy ciemnym motłochem.

Jak to jest możliwe? – pyta hipotetyczny przybysz z daleka, powiedzmy, z Australii – przecież demokracja posiada mechanizmy broniące ją przed konfliktami tak wyniszczającymi. Opinia publiczna, rozmaite instytucje kontrolujące władzę, media, społeczeństwo obywatelskie, prawa opozycji politycznej do tego właśnie służą. U nas, w Australii, dziwi się urzędnik z antypodów, to po prostu nie byłoby możliwe…

Niestety, ten pozorny paradoks tłumaczy się bardzo prosto. Po pierwsze, polska demokracja nigdy nie była demokracją w pełni wykształconą, dojrzałą. Zawsze, po roku 1989, była to, podobnie jak w socjalizmie, demokracja przymiotnikowa: fasadowa, proceduralna, ad hoc, piłkarska czy stadionowa… Po drugie, głównym celem polskiej wojny jest właśnie zniszczenie demokracji! Dokładnie tak, jak w wojnie klasycznej, gdy dąży się do obezwładnienia przeciwnika, pozbawiając go podstawowych, najważniejszych zasobów, by stawał się stopniowo coraz bardziej bezbronny.

Zawłaszczone państwo

Nie wiem, czy cel ten dobrano intencjonalnie czy bardziej na zasadzie intuicyjnej, w każdym razie nie byłyby możliwe zwycięstwa wyborcze ekipy Tuska, gdyby nie uderzenia wyprzedzające w instytucje demokratycznej kontroli i równowagi. Ale także, co rzadziej zauważane, w zasoby kulturowe demokrację podtrzymujące, takie jak świadomość obywatelska, kultura polityczna, system wartości i sprawność moralna społeczeństwa. Dlatego tak konsekwentnie dążono do opanowania publicznych mediów (kto jeszcze pamięta, ile razy obiecywano Polakom nową ustawę medialną) i ograniczenia roli mediów niezależnych (skandal z telewizją Trwam, przejęcie „Rzeczypospolitej” i „Uważam Rze”), monopolizacji wszystkich instytucji państwowych w ręku jednej opcji politycznej i jej sojuszników (rzadko zauważamy, że od dawna wiele z tych instytucji – np. polska służba zagraniczna czy świat akademicki – skolonizowanych jest sprawnie przez rozmaite odmiany postkomuny) czy konsekwentnego ograniczania praw opozycji politycznej. W tej ostatniej sprawie od dawna leży w zamrażarce sejmowej tzw. pakiet demokratyczny cywilizujący te prawa, ale nie ma on żadnych szans na realizację w obecnych realiach politycznych.

Wreszcie, trzeba wyraźnie podkreślić, że choć premier Tusk lubi ostatnio prezentować się w mediach w towarzystwie małych dzieci czy seniorów z organizacji pozarządowych, to nie zrobił praktycznie nic dla rozwoju niezależnych organizacji obywatelskich, które są tak rachityczne, że w polskiej demokracji praktycznie nie spełniają żadnych realnych funkcji kontrolnych. Gdybyśmy mieli na przykład silne obywatelskie organizacje konsumenckie, pewnie nie byłoby w Polsce afery Amber Gold, a liczne podobne firmy i monopole, żerujące na polskich konsumentach, byłyby skutecznie cywilizowane. Nie są – i jak pokazała wspomniana afera, doskonale dopasowują się, jako przydatny sojusznik, do działań wojennej koalicji obecnej władzy. Im też dobrze służy słaba demokracja.

Ofiarą wojny polsko-polskiej jest także, jak wspomniałem, polska mentalność obywatelska i kultura polityczna. Jesteśmy demoralizowani przez media, niesprawne i niesprawiedliwe instytucje, agresywny obyczaj polityczny, łamanie zasad demokracji przez najwyższe władze (jak w wypadku warszawskiego referendum czy poprzez używanie zła, jako najwyższej instancji skuteczności w polityce). Żyjemy w tym smutnym świecie zniszczeń kulturowych zawinionych przez obecne władze i bardzo wysoką cenę za ową dewastację będziemy wszyscy płacili przez lata. To jeszcze jeden rachunek, który zapłacimy jako społeczeństwo za obecne zwycięstwa wojenne Platformy Obywatelskiej. Obyczaj i kulturę łatwo i szybko można zbarbaryzować, buduje się znacznie dłużej.

Przygnębiająca wyliczanka

Jak zawsze w wypadku wojny, zwłaszcza tak zażartej, powstaje pytanie o stawkę. Po co ta wojna? Po co ta codzienna mobilizacja systemu, zaprzęgnięcie do wojny totalnej całego aparatu państwa polskiego? W imię czego niszczona jest polska demokracja i kultura polityczna? Ale także polska gospodarka i polski system emerytalny? Oczywiście odpowiedź na te pytania musi być złożona, jak złożona jest koalicja podmiotów prowadzących tę wojnę. Bo przyczyn owej agresji i interesów za nią stojących jest wiele. Kilka spraw jest oczywistych. Po pierwsze mamy do czynienia z wojną o interesy ekonomiczne rozmaitych grup biznesowych, oligarchów, ale także ludzi żyjących (na ogół całkiem dobrze) z obecnego systemu władzy, dostępu do zasobów i majątku. Ta ostatnia grupa w skali Polski liczy setki tysięcy biznesmenów, urzędników i polityków koalicyjnych. W samej Warszawie to ok. 8 tys. urzędników (o 2 tys. więcej niż za czasów poprzedniej władzy). Po drugie, wojnę tę wspiera szeroki elektorat postkomunistyczny, zarówno z powodów ekonomicznych, jak światopoglądowo-historycznych. System Tuska i dążenie do wyeliminowania jego przeciwników gwarantuje postkomunie zachowanie uprzywilejowanej pozycji materialnej i społecznej oraz bezkarność za grzechy peerelowskie. Dopóki trwa III RP – włos jej z głowy nie spadnie.

Po trzecie stawką w wojnie polsko-polskiej są oczywiście także interesy ekonomiczne i imperialne kilku mocnych graczy zagranicznych. Nasza wojna to także batalia o zachowanie ich dominującej pozycji w regionie. Czwartą stawką – jak twierdzi wielu najsilniej być może motywującą do bezpardonowej wojny politycznej – jest naga żądza władzy, zwłaszcza chęć jej zachowania za wszelką cenę i wszelkimi sposobami, z czym mamy do czynienia obecnie w Polsce. Żaden skandal, żaden kryzys, żadna kompromitacja władzy, nie jest w stanie tego zmienić. „Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy” – zdaje się powtarzać Tusk pamiętne słowa rosyjskiego namiestnika. Podobno, kto nie posiadał nigdy władzy absolutnej (a w standardach demokracji władza obecnego premiera Polski ma taki charakter), nie jest w stanie zrozumieć, co to znaczy prawdziwa żądza władzy, nie pojmie mocy, jaką ma ta ludzka namiętność.

Stawka piąta to – jak wskazuje wielu obserwatorów – strach przed karą (choćby nawet symboliczną) czy rozliczeniem historycznym i prosta chęć zachowania całej skóry. Własne grzechy najlepiej znają sami winowajcy (chyba, że do perfekcji opanowali system dezynfekcji sumienia i wypierania własnej winy, co obserwujemy często w wypadkach lustracyjnych); i w tej szarej strefie ludzkiego sumienia rządzących w Polsce „elit” także należy szukać przyczyn ich zajadłości i determinacji w walce o utrzymanie władzy wszelkimi środkami. Szósta stawka dotyczy konfliktu kulturowego. III RP – jak wskazywała kiedyś na łamach „GPC” Wanda Zwinogrodzka – rozbijając i osłabiając tradycyjny kanon polskości nie potrafiła zaproponować społeczeństwu nic równie ważnego i godnego przyjęcia. Nawet w kategoriach atrakcyjności. Nie znaczy to, że w obecnej Polsce takich prób tworzenia nowej oferty kulturowej nie obserwujemy. Przeciwnie, co i raz szokują nas rozmaite prowokacje z dziedziny pseudosztuki czy moralności. I trzeba powiedzieć, że na ogół mają one silne wsparcie polityczne; że są wspierane przez oficjalne instytucje państwa polskiego. Wojna polsko-polska to dla wielu tego typu treści postmodernistycznych i środowisk za nimi stojących jedyna szansa publicznego wpływu i funkcjonowania, żeby nie powiedzieć – brylowania. Oni muszą i chcą być cały czas na pierwszej linii frontu, w nieustannym starciu ideologiczno-kulturowym. Muszą prowadzić nieustanną walkę z polskim kołtunem, bo innej Polski nie dostrzegają, a bez tej wojny sami by nie istnieli… Ta wojna jest ich wojną o byt kulturowy. Czy taka na przykład pani Środa mogłaby codziennie brylować w przestrzeni publicznej w innej, normalnej Polsce?

Stawką jest normalność

Wszystkie wymienione sześć powodów, dla których Donald Tusk toczy wojnę z Polakami, można jednak chyba sprowadzić do jednej stawki zasadniczej. W tej wojnie chodzi o NORMALNOŚĆ. Nieprzypadkowo w głębokim PRL‑u marzyliśmy wszyscy o tym, aby żyć w normalnym państwie. Teraz marzymy w gruncie rzeczy o tym samym! Normalnym, czyli takim – jak by powiedział socjolog – w którym normy społeczno-kulturowe odpowiadają ludzkim aspiracjom, są skuteczne w zaspokajaniu potrzeb szerokich grup społecznych. A budowane przez polityków instytucje ten proces wzmacniają, ułatwiają czy wręcz umożliwiają. I co może najważniejsze – a o czym nie zawsze pamiętamy – normy te wyznaczają kryteria dobra i zła, porządku moralnego i zasad społecznej sprawiedliwości, które stanowią podstawę funkcjonowania każdej sprawnej wspólnoty politycznej. Normalność bowiem to poczucie dobrze zorganizowanego, racjonalnego, zintegrowanego, skutecznego w zaspokajaniu potrzeb i aspiracji społecznych oraz sprawiedliwego społeczeństwa. W państwie premiera Tuska tej normalności, jak w PRL‑u, niestety nie ma. Tu normą w telewizji publicznej jest wciąż tow. Ciosek z tow. Pastusiakiem, jako eksperci od spraw rosyjskich i amerykańskich. Tu autorytetami są wciąż ludzie, którzy porobili kariery w komunistycznych służbach, a doradcami są absolwenci Akademii Woroszyłowa. Instytucje i normy służą wybranym grupom i podmiotom; nie służą ogółowi społeczeństwa i polskiej racji stanu. Także kultura promowana przez owo państwo jest w znacznym stopniu „nienormalna”. Tymczasem wojna wywołana w Polsce toczy się o to właśnie, aby tę – z naszego punktu widzenia – NIENORMALNOŚĆ usankcjonować, narzucić społeczeństwu. Wszak lider tego systemu już przed laty stwierdził, że „polskość to nienormalność”, a więc z jego punktu widzenia to Polska jest nienormalna i tę „nienormalność” trzeba przywołać do porządku. I do tego potrzebna jest wojna i eliminacja przeciwnika. Stawką tej wojny jest więc w gruncie rzeczy przede wszystkim pojęcie normalności. Normalnej uczciwości, normalnej sprawiedliwości, normalnego małżeństwa czy normalnego poczucia humoru. Stawką jest po prostu Normalna Polska.

Armia obywatelska

Kończy się stary rok. Przywykliśmy z nadzieją myśleć o roku nadchodzącym. Wobec smutnych raczej refleksji poczynionych w niniejszym tekście powstaje poważne pytanie: co możemy zrobić, aby zmienić opisany stan rzeczy? Jak możemy zakończyć tę wojnę nie kapitulując, nie godząc się na zniszczenie naszej demokracji i naszej kultury, w tym kultury politycznej i obywatelskiej, i zachowując jakoś naszą polityczną wspólnotę? Co możemy zrobić, jednocześnie widząc jak bardzo potężny jest system, który tę wojnę wywołał i któremu ona służy? I co możemy skutecznego dokonać, skoro nie godzimy się, z przyczyn aksjologicznych, na stosowanie „ich metod” w walce o władzę? Czy jesteśmy skazani na kolejne porażki z powodu działania stronniczych mediów, łamania prawa, używania w polityce zła, kłamstwa i manipulacji? To trudne pytania i niełatwe są na nie odpowiedzi. Ale zastanówmy się, co się robi, gdy jest okupacja – bo obecny system przypomina warunki atłasowej, bo atłasowej, ale jednak bardzo twardej okupacji. Wszystkie najważniejsze instytucje są kontrolowane przez jedną tylko opcję polityczną (i „stronnictwa sojusznicze”); obywatele odcięci są od podstawowych praw obywatelskich (np. wolności w przestrzeni publicznej, którą formatują media) i socjalnych (np. cywilizowanego dostępu do opieki lekarskiej); opozycja polityczna jest wykluczana z życia publicznego; jedna trzecia zatrudnionych nie ma pełni praw pracowniczych itd. itp. No więc co się robi w czasie okupacji, po przegranej wojnie? … Ano przede wszystkim buduje się struktury równoległe, oddolne organizacje i wspólnoty, tworzy sieci i instytucje, kontrinstytucje chciałoby się powiedzieć. I – skoro żyjemy jednak w kraju demokracji fasadowej – trzeba do bólu korzystać z tej fasady, trzymać się jej jak niepodległości. Mamy do wykorzystania jedynie wątłe demokratyczne narzędzia słabej polskiej demokracji. Ale tylko od nas zależy, czy odpowiednio je wykorzystamy. Dlatego nie będę odkrywczy, gdy wyrażę przekonanie, że podstawowym w tej chwili dla Polski zadaniem jest kontynuowanie budowy tego, co jest (chyba to p. Maryna Miklaszewska pierwsza użyła tego określenia) Archipelagiem Polskości – sieci instytucji, organizacji, środowisk oraz mediów obywatelskich i niezależnych, które nie godzą się na prawa wojny narzucone przez obecny establishment. Jest ich już wokół nas bardzo wiele. Muszą powstawać następne, i muszą – w swojej naturalnej różnorodności – zachować jedność działania i celów. Wojna obecnej władzy, jak wskazywałem, niszczy polską demokrację i obywatelską mentalność. Działania, które budują opozycyjne społeczeństwo obywatelskie i obywatelską świadomość, są najlepszym sposobem obrócenia wniwecz celów tej wojny. Są zwycięstwem demokracji i tworzą podstawy do zwycięstwa na wszystkich polach owej wojny.

Wśród demokratycznych narzędzi, które możemy stosować, istnieje też obywatelskie nieposłuszeństwo. Jest ono, jako instytucja ładu demokratycznego, dobrze opisane w teorii i bywało bardzo skutecznie stosowane w praktyce. W czasie dwuletnich rządów PiS (z fatalnymi koalicjantami, przy których PSL to łagodny baranek), według analizy socjologa Jakuba Zielińskiego, w samym tylko ogólnopolskim wydaniu „Gazety Wyborczej” termin „obywatelskie nieposłuszeństwo” pojawił się w 34 artykułach. Gazeta ta suflowała ówczesnej opozycji wypowiedzenie posłuszeństwa demokratycznie wybranej władzy już w cztery miesiące po utracie wpływów przez związane z nią „elity”. Nie trzeba dodawać, że po przejęciu władzy przez PO nieposłuszeństwo obywatelskie nagle przestało interesować redaktorów z Czerskiej. Ale nad tym pomysłem warto się zastanowić. Skoro władza obecna, jak starałem się wykazać w niniejszym tekście, przez sześć lat z górą niszczy demokratyczne standardy i instytucje, walczy z własnym narodem, pozbawia go podstawowych praw obywatelskich i społecznych, być może istnieją uzasadnione powody do wypowiedzenia jej posłuszeństwa. W Nowym Roku życzę Państwu naszego, polskiego Majdanu – jakąkolwiek formę on przybierze. W imię obrony polskiej demokracji, w imię solidarności z tymi, dla których w państwie pana premiera Tuska nie ma pracy, lekarstw, procedur medycznych, mieszkań, przedszkoli, dobrych szkół i tylu jeszcze ważnych i potrzebnych rzeczy, chociażby takich jak poczucie wolności, godność osobista i duma z Polski.

za: http://niezalezna.pl/50072-piotr-glinski-zniszczenia-wojenne-system-pilnuje-okopow


Copyright © 2017. All Rights Reserved.