Publikacje polecane
Fasadowa wspólnota
Z Konradem Szymańskim, posłem PiS do Parlamentu Europejskiego w latach 2004-2014, rozmawia Małgorzata Goss – Realny wpływ Parlamentu Europejskiego widać w legislacji w tych obszarach, gdzie Unia może tworzyć prawo, np. w dziedzinie ochrony środowiska, rynku wewnętrznego, polityki klimatycznej, standardów wspólnego rynku. Kiedy jednak głos w tych sprawach zabiera Rada Unii Europejskiej, bywa, że dochodzi do konfrontacji między obiema instytucjami. Wątpliwości wobec Parlamentu Europejskiego biorą się, jak sądzę, stąd, że mamy do czynienia z nietypowym procesem legislacyjnym, w którym uczestniczy ciało wspólnotowe, czyli Parlament, i organ reprezentujący rządy krajowe, tj. Rada. Dlatego proces tworzenia prawa jest mało zrozumiały. Parlamentowi najłatwiej jest zajmować stanowisko w sprawach, w których UE nie ma nic do powiedzenia. Mam na myśli cykliczne pogadanki natury obyczajowej dotyczące np. tzw. praw homoseksualistów, aborcji etc. Podejmując niewiążące nikogo uchwały, Parlament kompensuje sobie braki kompetencyjne, co jednak wpływa na jego wizerunek w opinii publicznej. Trzeci wreszcie element wizerunku Parlamentu Europejskiego wiąże się z celem jego powołania. Otóż PE został powołany po to, aby wywołać w Europejczykach poczucie wspólnoty politycznej. Skończyło się to absolutną porażką, ponieważ od 30 lat Europejczycy wybierają PE w wyborach bezpośrednich, natomiast poczucie wspólnoty politycznej, uczestniczenia w demosie Europy, jest im nadal obce. W tym sensie Parlament nie spełnił swojego zasadniczego zadania, jakim było budowanie poczucia „europejskości”. Był to cel ściśle ideologiczny, który zderzył się frontalnie z twardą rzeczywistością polityczną Europy. Z tego punktu widzenia można uznać, że istnienie Parlamentu Europejskiego nie jest konieczne, ponieważ nie ma demosu, który ma być reprezentowany. Można sobie wyobrazić system, w którym funkcje kontrolne i legislacyjne pełni Rada i parlamenty narodowe. Wtedy problem demokratycznego mandatu organów Unii byłby załatwiony bez konieczności wybierania Parlamentu Europejskiego. Ale dzisiaj rozważania tego rodzaju mają charakter czysto akademicki.
Czy w ramach poszczególnych frakcji istnieje poczucie więzi europejskiej, czy raczej dominują interesy narodowe?
– W Brukseli istnieje poczucie wspólnoty interesów tam, gdzie one naprawdę są wspólne. Mamy w Europie trochę wspólnych interesów, np. handlowych, i wtedy ta solidarnościowa retoryka ma sens. Najczęściej jednak jest ona pusta. Nie spotkałem żadnego poważnego polityka, który by wierzył, że przemiana narodów europejskich we wspólnotę europejską nastąpi w jakiejkolwiek dającej się przewidzieć perspektywie czasowej. Stosowana retoryka jest czysto fasadowa, a kryją się za nią konkretne interesy. Wyjątkiem są może wąskie grupki, które wierzą w europejski przełom, powołanie federacji, konstytuanty, jak swego czasu proponowali Verhofstadt z Cohn-Benditem [pierwszy to były premier Belgii, szef frakcji liberalnej w PE, drugi – lewacki polityk niemiecki i poseł do PE, który przyznał się do czynów pedofilskich – przyp. red.]. Ale polityka europejska koncentruje się obecnie na nowym wyważeniu interesów ściśle narodowych. Ten trend uległ wzmocnieniu. W „pokryzysowej” UE interesy poszczególnych państw są dużo bardziej widoczne na forum Unii niż kiedykolwiek wcześniej.
Pakt fiskalny, unia bankowa nie są przejawem pogłębiania integracji Wspólnoty?
– Oba akty teoretycznie mają charakter wspólnotowy, natomiast w praktyce wyraźnie widać, że silne państwa starają się kontrolować proces integracji, szukając gwarancji dla swoich interesów. Najbardziej jaskrawym przykładem jest polityka niemiecka, która z jednej strony ogranicza i reglamentuje działanie wspólnotowych instytucji, w tym unii bankowej, a z drugiej wzmacnia narodowe struktury kontroli procesu integracji – Bundestag i Trybunał Konstytucyjny. Mamy do czynienia z czymś, co do złudzenia przypomina uwspólnotowienie, ale za kotarą dzieje się coś zupełnie innego. W najgorszym położeniu znalazły się kraje, na przykład Polska, które uwierzyły, że retoryka wspólnotowa ukazuje rzeczywisty obraz sytuacji.
W procesie przejmowania władzy przez najsilniejszych Parlament Europejski jest hamulcowym czy akuszerem przemian?
– Parlament jest w trudnym położeniu, ponieważ posłowie czują, że władza wymyka im się z rąk. Po traktacie z Lizbony Parlament oczekiwał wzrostu swoich kompetencji, tymczasem okazało się, że praktyka idzie w odwrotnym kierunku: najsilniejsze państwa, wykorzystując kryzys, przy pomocy instytucji traktatowych zwiększają własny wpływ na Unię.
Można to uznać za efekt zmiany sposobu głosowania w UE dokonanej w traktacie lizbońskim?
– Nowy mechanizm głosowania jeszcze na dobre nie wszedł w życie. Natomiast państwa członkowskie przejawiają większą niż dawniej gotowość do konfrontacji z Parlamentem Europejskim. Byłem wielokrotnie świadkiem negocjacji pomiędzy Parlamentem i Radą i muszę powiedzieć, że nigdy wcześniej Rada nie była tak konfrontacyjnie nastawiona i skłonna do stawiania ultimatum, że albo Parlament przyklepie jej propozycje, albo całość dokumentu pójdzie do kosza! To stawia Parlament w trudnym położeniu. Chciałby być awangardą integracji, wytyczać jej kierunek, ale największe państwa członkowskie coraz chętniej to korygują.
W nowej kadencji PE sporo mandatów zbiorą przedstawiciele ugrupowań odwołujących się do interesów narodowych. Jak to wpłynie na pozycję Parlamentu wobec Rady?
– Krzykliwe partie protestu mogą osłabić pozycję Parlamentu wobec Rady, która jest z reguły lepiej przygotowana do forsowania swoich stanowisk. Zniecierpliwienie procesem integracji może stać się bardziej widoczne także w partiach głównego nurtu, które nie sięgają po radykalne środki wyrazu, ale coraz ostrożniej podchodzą do przekazywania Brukseli nowych kompetencji. To będzie ważny czynnik nowej architektury politycznej UE. Traktat może pozostać taki sam, ale praktyka pójdzie w kierunku przejmowania władzy w Unii przez państwa członkowskie, oczywiście tylko te, które zechcą po nią sięgnąć. Jeśli jakieś państwo, na przykład Polska, nie będzie tego chciało, to jej nie będzie miało.
Jak Polska ma sięgnąć po władzę, skoro w Lizbonie utraciliśmy pozycję równą Włochom i Hiszpanii, a pozostałe kraje przestały się z nami liczyć? Przy głosowaniu tzw. podwójną większością nasza rola w UE będzie marginalna.
– Nasza pozycja może ulec osłabieniu, ale marginalizacja nam nie grozi. Polska wciąż jest średnim krajem i pozostaje w średniej lidze. Logika głosowań w Radzie może się zmienić, ale to nie anuluje możliwości prowadzenia polityki. Polska musi wyrażać swoje interesy. Musi przemyśleć na nowo swoją politykę w Unii. Sądziliśmy dotąd, że proces integracji będzie przebiegał w kierunku uwspólnotowienia, liniowego przyrostu kompetencji anonimowej Brukseli, i my na tym będziemy zyskiwali. Dzisiaj ten kierunek został podważony, więc trzeba przyjąć do wiadomości rzeczywistość, bez względu na to, co się o niej sądzi. W Unii bronione będą teraz interesy państw, które będą sobie tego zdecydowanie życzyły. Jeśli więc będziemy liczyli, że wyrazicielami naszych interesów w UE będzie Komisja Europejska albo Parlament jako ciała wspólnotowe, a siebie zwolnimy z prowadzenia własnej polityki, to popełnimy olbrzymi błąd.
Jak to się ma do słynnego wezwania szefa polskiej dyplomacji, by Berlin sięgnął po silniejsze przywództwo w Unii?
– Mocne przywództwo Niemiec w Unii konsoliduje się bez względu na to, czy Polska do tego wzywa czy nie. Minister Sikorski wystąpił z tym apelem w momencie, kiedy Niemcy dopiero wkraczały w ten proces i były zupełnie osamotnione, więc był to duży gest pod ich adresem, poprawiający ich wizerunek w pierwszej fazie zwalczania kryzysu na południu Unii. Niemcy były odbierane jako państwo, które działa zbyt egoistycznie. Zachodzi pytanie, czy za tym apelem stała jakaś głębsza strategia. Nie jest powiedziane, że nasze interesy zawsze kolidują z interesami niemieckimi, bo nie zawsze. Ale istotne jest, aby mieć listę spraw, które chcemy z Niemcami załatwiać, i spraw, które są dla nas ryzykowne z punktu widzenia nowej polityki niemieckiej w Unii. Jeśli kraj średniej wielkości chce obronić jakieś swoje interesy, musi wiedzieć, gdzie ulokować kapitał, którego nie ma zbyt dużo. Nie może nim szastać na lewo i prawo, lecz musi go ulokować tam, gdzie to jest w tym wypadku niezbędne, niewykluczając starań o wsparcie Niemiec. W tym sensie deklaracja Sikorskiego była zbyt ogólna, to był czek in blanco na całą politykę niemiecką w Unii na przyszłość. Ten gest był zbyt hojny.
Dziękuję za rozmowę.
Małgorzata Goss
za:www.naszdziennik.pl/wp/78357,fasadowa-wspolnota.html