Łukasz Warzecha-Gatunkizm
Czy wiedzą państwo, że mówiąc „człowiek człowiekowi wilkiem”, stygmatyzują państwo wilki? Ja też nie wiedziałem, ale zajrzałem na oficjalny profil facebookowy Ministerstwa Klimatu i Środowiska i już wiem. Oto, o czym pouczają nas ministerialni urzędnicy, publikując serię grafik z wilkami w roli głównej.
Nie mów „wilk w owczej skórze”, bo to „utrwalanie stereotypu, że wilk ma zawsze złe intencje”. Nie mów „wilczy bilet”, bo to „kolejny przykład przypisywania wilkom negatywnych konsekwencji społecznych” (tu ktoś najwyraźniej miał problemy z czytelnym wyrażaniem myśli po polsku). Nie mów „wilczy apetyt”, bo to „stygmatyzowanie zdrowej relacji z jedzeniem”. Nie wolno też mówić „człowiek człowiekowi wilkiem”, ponieważ „takie stwierdzenia obarczają wilki odpowiedzialnością za ludzkie zachowania”. Jeśli mi państwo nie wierzą – wcale bym się nie zdziwił – mogą państwo sami sprawdzić.
Oczywiście te grafiki nie są wypadkiem przy pracy. Są konsekwencją dwóch czynników.
Czynnik pierwszy to fakt, że wilki coraz częściej zagrażają ludziom, ludzie więc oczekują, że państwo podejmie kroki w celu regulacji tego gatunku. Tyle że o ile w UE obniżono już status ochrony wilka ze ściśle chronionego na chroniony, o tyle w Polsce nie zrobiono nic i nadal wilka obejmuje restrykcyjna ochrona na terenie całego kraju. Ideolodzy uznali, że muszą reagować na rosnące niezadowolenie.
Czynnik drugi to fakt, że za sprawy związane z łowiectwem i ochroną przyrody w MKiŚ odpowiada skrajny ideolog, zdeklarowany wróg myśliwych i demagog – wiceminister Mikołaj Dorożała, z zawodu trener pilatesu, nieposiadający żadnych zawodowych kompetencji w dziedzinie, którą mu powierzono, za to we wszystkim słuchający „zielonych” aktywistów. Powód obecności w ministerstwie tego człowieka, zasiadającego na stanowisku z rekomendacji Polski 2050 (przy czym obecnie raczej Centrum, czyli odłamu Pauliny Hennig-Kloski), pozostaje tajemnicą. W prywatnych rozmowach z politykami wielokrotnie słyszałem, że z samej góry, czyli od „Kierownika” (przezwisko pana premiera) sygnalizowano, że Dorożała jest „nie do ruszenia”. Dlaczego? Nie wiadomo.
Z grafik mających bronić dobrego imienia wilka można się śmiać, ale tylko do chwili, gdy dotrze do nas, że to my płacimy za te gry i zabawy.
W „Gazecie Wyborczej” ukazał się tekst opowiadający o problemach z dzikami w miastach. Przyznać trzeba, że dano w nim głos również myśliwym. Lecz dano go także prof. Andrzejowi Elżanowskiemu, bioetykowi z Uniwersytetu Warszawskiego. A ten oznajmił: „W Australii nie zamierzają wybić rekinów, mimo że zdarzają się ataki na człowieka. (…) Wobec ogromu nieszczęść powodowanych przez niedbalstwo, złą wolę i szaleństwo ludzi domaganie się stuprocentowego zabezpieczenia przed moralnie zawsze niewinnymi sprawcami z innych gatunków jest wyrazem prymitywnego, niekontrolowanego gatunkizmu”.
Pomijając absurdalne porównanie dzików kręcących się po miastach, gdzie mieszkają ludzie, z rekinami pływającymi w oceanie, gdzie ludzie nie mieszkają, trzeba zwrócić uwagę na kompletne kuriozum: zastosowanie do oceny zachowania zwierząt kategorii moralnych oraz wsparcie tego twierdzeniem o „gatunkizmie”. Przypominam, że mówimy o pracowniku uniwersyteckim, czyli o osobie, która kształci nowe pokolenia. (Swoją drogą ciekaw jestem, jak pan bioetyk z UW rozkłada winę moralną w sytuacji, gdy lew „morduje” antylopę albo kot „morduje” mysz.)
Cel tego wszystkiego jest jasny: człowiek ma się przestać czuć koroną stworzenia. Ma przestać być wyjątkowy, bo nasze poczucie wyjątkowości i odmowa, aby uznać gatunek ludzki za po prostu kolejny gatunek zwierzęcia, to „gatunkizm”.
Tak, to są niebezpieczne wariactwa głoszone przez niebezpiecznych pomyleńców. Niestety, ci pomyleńcy zasiadają dziś w ministerialnych i uniwersyteckich gabinetach.
Łukasz Warzecha
za:idziemy.pl