Putin może przetestować NATO w Narwie. „Zielone ludziki” zamiast otwartej wojny
Rosja nie musi rozpoczynać otwartej wojny z NATO, by sprawdzić, czy Sojusz rzeczywiście jest gotowy bronić swoich członków – ostrzega Grzegorz Kuczyński. Analityk wskazuje na Narwę w Estonii jako możliwe miejsce rosyjskiej prowokacji: pojawienie się „zielonych ludzików”, wywołanie lokalnego kryzysu albo próba stworzenia samozwańczej „republiki”.
– Obawiam się, że Putin będzie chciał przetestować Sojusz Północnoatlantycki i jego determinację – mówi Kuczyński w Radiu Wnet.
Rosja nie musi rozpoczynać pełnoskalowej wojny z NATO, aby sprawdzić, czy Sojusz rzeczywiście jest gotowy bronić swoich członków – ocenia Grzegorz Kuczyński. Dziennikarz i analityk wskazuje na Narwę, przygraniczne miasto w Estonii, jako jedno z miejsc, w których Moskwa mogłaby próbować przeprowadzić operację pozostającą poniżej progu otwartego konfliktu.
W rozmowie w Radiu Wnet Kuczyński podkreślał, że potencjalnym zagrożeniem nie jest przede wszystkim rosyjska inwazja na dużą skalę. Znacznie bardziej realny może być scenariusz obliczony na sprawdzenie politycznej i wojskowej determinacji NATO.
„Zielone ludziki” zamiast otwartej inwazji
Zdaniem Kuczyńskiego Rosja mogłaby wykorzystać działania hybrydowe lub ograniczoną operację siłową, której charakter utrudniałby sojusznikom podjęcie natychmiastowej decyzji o odpowiedzi.
– To, że mówi się o możliwości działań zbrojnych Rosji wobec NATO, przede wszystkim wobec trzech krajów bałtyckich, a przede wszystkim Estonii, nie oznacza regularnej wojny. Mogą być „zielone ludziki”, mogą być działania siłowe, ale jeszcze poniżej progu regularnego konfliktu – mówi Grzegorz Kuczyński.
W takim scenariuszu dla Kremla kluczowe nie byłoby zdobycie dużego terytorium, lecz stworzenie sytuacji, w której państwa NATO musiałyby błyskawicznie odpowiedzieć na pytanie, czy lokalny incydent jest już atakiem wymagającym wspólnej reakcji.
– Obawiam się, że Putin będzie chciał tutaj przetestować po prostu Sojusz Północnoatlantycki, jego determinację w obronie tych zasadniczych fundamentów, na których ten pakt powstał – ocenia Kuczyński.
Dlaczego Narwa?
Analityk wskazuje konkretnie na Narwę – estońskie miasto położone bezpośrednio przy granicy z Rosją, zamieszkane w dużej części przez ludność rosyjskojęzyczną.
Kuczyński zastrzega przy tym, że rosyjski język mieszkańców nie oznacza automatycznie poparcia dla Kremla. Jego zdaniem sama specyfika miasta mogłaby jednak zostać przez Moskwę wykorzystana jako pretekst do działań prowokacyjnych.
– Faktem jest, że jeśli jest taki scenariusz, że Rosjanie mogą dokonać jakichś prowokacji w tym granicznym mieście, po stronie estońskiej, tam zdecydowana większość mieszkańców jest rosyjskojęzyczna. To nie musi od razu oznaczać, że jest proputinowska, oczywiście, ale już to wystarczy do tego, żeby przeprowadzić jakieś prowokacje – mówi Grzegorz Kuczyński.
Jako możliwy wariant wymienia pojawienie się „zielonych ludzików” albo próbę stworzenia lokalnej, samozwańczej struktury separatystycznej.
– Żeby się pojawiły jakieś „zielone ludziki”, żeby ogłoszono jakąś „ludową republikę Narwy” i tym podobne. Na takiej zasadzie testowania NATO: co zrobi NATO? – wskazuje Kuczyński.
Kluczowe byłoby pierwsze kilkadziesiąt godzin
Zdaniem rozmówcy Radia Wnet taki scenariusz byłby dla Rosji atrakcyjniejszy niż regularna inwazja właśnie dlatego, że stwarzałby polityczną niejednoznaczność.
Pełnoskalowy atak rosyjskich wojsk na Estonię, Łotwę czy Litwę oznaczałby jednoznaczną agresję przeciw państwu NATO. Kuczyński uważa, że w konwencjonalnym starciu z całym Sojuszem Rosja nie miałaby szans.
– To jest zagrożenie większe niż otwarta inwazja Rosji na kraje bałtyckie, bo ta wywołałaby po prostu reakcję całego NATO. W takim starciu, zakładając oczywiście, że nikt nie sięgnąłby po guzik atomowy, Rosja nie miałaby szans w starciu konwencjonalnym z NATO – mówi analityk.
Znacznie trudniejszą próbą dla Sojuszu byłaby więc sytuacja, w której skala rosyjskiej operacji byłaby ograniczona, a jej charakter niejednoznaczny.
„Nie będziemy umierać za Narwę”?
Kuczyński podkreśla, że zasadniczym pytaniem nie jest potencjał militarny NATO, który wielokrotnie przewyższa możliwości Rosji, lecz polityczna gotowość najważniejszych państw Sojuszu do natychmiastowego działania.
– Pytanie o stopień determinacji sojuszników, tych największych, najsilniejszych członków paktu, do wystąpienia w obronie tych słabszych, czyli mam tutaj na myśli kraje bałtyckie – wskazuje.
Analityk obawia się przede wszystkim pojawienia się na Zachodzie argumentów, że ograniczony incydent na obrzeżach NATO nie uzasadnia ryzyka większej konfrontacji z Rosją.
– Mam nadzieję, że nie dojdzie do takiej sytuacji, że pojawią się takie hasła ze względu na działania rosyjskie, że „nie będziemy umierać za Narwę” – mówi Grzegorz Kuczyński.
Kuczyński: zdecydowana reakcja zmusiłaby Rosjan do odwrotu
Według analityka odpowiedź NATO na ewentualną prowokację powinna być natychmiastowa i jednoznaczna. W jego ocenie właśnie szybkie użycie siły przeciw uczestnikom takiej operacji mogłoby zatrzymać jej rozwój.
– Gdyby Rosjanie na coś takiego poszli i byłaby zdecydowana, siłowa reakcja na poziomie lokalnym, czyli po prostu uderzenie w te „zielone ludziki” w Narwie, to byłby najlepszy scenariusz, bo Rosjanie po prostu wtedy by się wycofali – ocenia Kuczyński.
Jego zdaniem Kreml jest skłonny poszerzać zakres działania wtedy, kiedy przeciwnik okazuje niezdecydowanie.
– Jeśli trafiają na siłę, na zdecydowanie, to się cofają. Natomiast wszelkie zawahanie… – mówi analityk.
Co z rosyjskimi żołnierzami po wojnie w Ukrainie?
Kuczyński wiąże możliwe zagrożenie dla wschodniej flanki NATO również z przyszłością wojny w Ukrainie.
Według niego ewentualny rozejm oznaczałby dla Kremla konieczność poradzenia sobie z setkami tysięcy żołnierzy wracających z frontu. Tak duża grupa weteranów mogłaby stać się problemem wewnętrznym dla rosyjskiego systemu.
– Pokój by oznaczał powrót do domów setek tysięcy weteranów. To mogłoby zdestabilizować reżim rosyjski – mówi Grzegorz Kuczyński.
Stąd – jak zaznacza – pojawia się również pytanie, czy po zamrożeniu wojny w Ukrainie część rosyjskiego potencjału wojskowego nie zostałaby skierowana w inne miejsce.
– Co Putin zrobi z tymi żołnierzami, gdy faktycznie zostanie zmuszony do wstrzymania działań wojennych na Ukrainie? Być może będzie chciał ich rzucić w zupełnie innym kierunku. Tego nie wiemy – zaznacza Kuczyński.
W ocenie analityka właśnie dlatego ewentualnego zakończenia lub zamrożenia działań wojennych w Ukrainie nie należy automatycznie utożsamiać z końcem rosyjskiego zagrożenia dla Europy.
za:wnet.fm