Witamy serdecznie na stronie internetowej Oddziału Łódzkiego
Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy.

Mamy nadzieję, że ułatwimy Państwu docieranie do rzetelnej informacji. Tutaj chcemy prezentować wielkość oraz problemy naszego Kościoła, zagadnienia społeczne, cywilizacyjne, publikacje członków Stowarzyszenia, stanowiska w ważnych kwestiach. Nie będziemy konkurować w informacjach bieżących z innymi portalami (niektóre z nich wskazujemy w odnośnikach), natomiast gorąco zapraszamy do lektury wszystkich tekstów - ich aktualność znacznie przekracza czas prezentacji na stronie głównej. Zachęcamy do korzystania z odnośników: "Publikacje" i "Polecane". Mamy nadzieję na stały rozwój strony dzięki aktywnej współpracy użytkowników. Z góry dziękujemy za materiały, uwagi, propozycje.
Prosimy kierować je na adres: lodz@katolickie.media.pl

Polecane

Dlaczego media kłamią?

Dlaczego media kłamią? Pytanie z tezą, ale większość Polaków ją podziela, tyle, że ci plemienni uważają, że to kłamią media „tamtych”. To najprostszy sposób udzielenia odpowiedzi na to pytanie i nie dość daleki od prawdy. Szczególnie widać to w Polsce: mamy dwa nurty, dwie linie prasowe, telewizyjne i radiowe.

Za Tuska był układ zamknięty, bo PO miało w telewizjach 3:0, teraz się trochę wyrównało i jest tak z 1,5:1,5 (jeśli wziąć Polsat za stację symetrystów). Nie jest żadną rewelacją stwierdzenie, że poszczególne media bez żenady promują „swoje” organizacje polityczne, suflują im rady, namawiają na demonstracje, które później „obiektywnie” relacjonują w formacie „obserwacji uczestniczącej". Jest tak na całym świecie i najbardziej jaskrawym tego przykładem jest USA, gdzie nikt się już w mediach nie sili na udawanie obiektywizmu. Nadajemy do swoich na tamtych, co jedynie utwierdza naszą twardą widownię i polaryzuje ostrość podziałów na dwie grupy plemienne. Wahający muszą się więc gdzieś zapisać.

Ale za tymi taktycznymi powodami stoją ważniejsze, rynkowe i wręcz cywilizacyjne przyczyny. I jeśli nie spróbujemy ich przeanalizować to będziemy żyli naiwnymi nadziejami, że to wszystko kiedyś minie i jak zniknie ten polityczny podział, to wszyscy wezmą się za ręce i pójdą nad rzekę. Nie wezmą i nie pójdą. Za tym wszystkim stoją bowiem poważne zjawiska i interesy, a pierwszym z nich jest wszechobecny prymat mediów lewicowo-liberalnych.

Dlaczego media mają wyraźny przechył w tę stronę? Otóż moim zdaniem wynika to z symbiozy mediów i reklamodawców. Media żyją z reklamy i muszą korporacjom stworzyć na swoich łamach środowisko sprzyjające nieskrępowanej konsumpcji. Widz-słuchacz-czytelnik jest dla nich jedynie konsumentem, bo tego chce ich klient-reklamodawca. A liberalna demokracja, ze swoją ideologią nieskrępowanego konsumpcjonizmu i hedonizmu nadaje się na platformę „ideową” jak żadna inna. Odbiorca nie może patrzeć wyżej niż półka sklepowa. A konserwatyzm, odwołujący się do wartości wolnościowych i do znaczenia zbiorowości jest dla takiej symbiozy nieatrakcyjną alternatywą. W dodatku liberalizm dąży do ciągłej zmiany, również napędzającej konsumpcję, zaś konserwatyzm cały czas chodziłby w starych butach bo są dobre, choć ponoć niemodne. Dlatego większość mediów jest liberalna, również w przypadku Polski.

Ale dlaczego ludzie to łykają? Po pierwsze nie bardzo mają alternatywę, bo powyżej opisany mechanizm generuje poważne biznesy, a ich zakres oddziaływania jest przemożny. Po drugie działa tu mechanizm próbujący pogodzić sprzeczność istnienia w przestrzeni publicznej dwóch sprzecznych tendencji: niemożliwej do ogarnięcia ilości informacji z jednej strony i społecznej potrzeby „bycia poinformowanym” z drugiej strony. I im większy „szum” informacyjny, tym większe zapotrzebowanie odbiorcy na prosty porządkujący wektor, najczęściej z jednego medium. I odbiorca taki wektor dostaje. Jego ulubione medium mu wszystko wyjaśni – oddzieli informacje istotne od nieistotnych, nada im rangę i wytworzy w jego mózgu spójny obraz zsyntetyzowanej rzeczywistości. Najczęściej kończy się to kompletnie zideologizowanym przekazem, gdzie nie ma miejsca na wiedzę, tylko na woltyżerkę dogmatami, tak by codziennie dopasować ich zamknięty i wyuczony zestaw do zmienności świata. Tak, aby ten obraz się nigdy nie zamglił, bo wtedy odbiorca popadnie we frustrację, a jak pisałem wyżej – ma być miło i przyjemnie.

Najciekawszy jest tu czynnik emocjonalny. Świat jest zbyt skomplikowany by go rozumieć, więc wyjaśnia się go emocjami. A emocje mają kilka zwodniczych cech – są demokratyczne, a więc widz myśli, że jak czuje powiedzmy złość, to jest to to samo uczucie, jakie ma jego autorytet-celebryta. W związku z tym jest jak równy z równym w gronie znakomitości. Po drugie – emocje to są sprawy, za które człowiek niby nie odpowiada. Nachodzą go i już. Cały świat jest rozemocjonowany, telewizje przecież „włączają emocje” i nikogo nie dziwi wrzeszczący pan w telewizji, choć przenosi się to na świat boży. Tak kiedyś nie było – dziś rozemocjonowanie to dowód „autentyczności”, a nawet „wyrazistości”, podczas, gdy jeszcze w niedawnych czasach publiczne okazywanie emocji uznawane było za pierwszy dowód braku obycia.

Media stosują emocje do perfidnych strategii pomagających zapamiętać przekazy komercyjne, ale już od niedawna i ideologiczno-polityczne. Triada powtarzana w każdej reklamie (zagrożenie-niepewność/strach-solucja) przechodzi na przekaz polityczny. I jak człowiek może z reklamy dowiedzieć się, że istnieje „nocny syndrom niespokojnych nóg”, przestraszyć się, że a nuż go ma i zaraz potem uradować, że jest na to maść, tak i w przypadku polityki może dowiedzieć się, że ktoś tam z plemienia przeciwnego narozrabiał, przekonać się z ust ulubionego medium jakie są tego straszne konsekwencje i ucieszyć się, bo „nasi” dali odpór. Ten przekaz idzie wyłącznie po emocjach i mózg może w nich spokojnie nie uczestniczyć. I coraz częściej nie uczestniczy.

Emocje także pomagają w zapamiętywaniu i selekcjonowaniu informacji. Jeśli coś pójdzie do naszego mózgu w emocjonalnej otoczce, to nie tylko zapamiętamy to lepiej, nie tylko będziemy mieli co do tego zero-jedynkowy osąd, ale te informacje, odłożone niby na półkę zapomnienia za pomocą takich samych emocji rozwiną się później na zawołanie-hasło, jak taśma ze szpuli. I w ten sposób w ogóle mózg do niczego nie jest potrzebny, nawet myślenie staje się kłopotliwe, bo zaburza już ułożony, co prawda prostacki, ale spójny obraz świata. Sama zaś refleksja stoi w sprzeczności z zachowaniami na poziomie bodziec-reakcja, jakimi staje się w końcu zaklęty krąg postrzegania świata w kontekście odruchów emocjonalnych. I chodzimy tak nabuzowani emocjami jak narkomani koksem i jeszcze nam mało – włączamy dealera-telewizor by jeszcze się podjarać, bo dawki muszą wzrastać. Narkomańskie.

I teraz popatrzmy na media w koronawirusie i widzimy jak na dłoni, że to się nie mogło inaczej skończyć. Nie sugeruję tu, że się światowe media umówiły z Gatesem czy Sorosem, iż pomogą im opchnąć szczepionkę miliardom ludzi. Sugeruję, że przy opisanych wyżej mechanizmach media z antenami ustawionymi na emocje trafiły na żyłę złota – rolowany strach i szerokie dotarcie do odbiorców z powodów izolacji. Uważam, że – pomijając spiskowe wersje – to splot działania demokratycznych władz i mediów wygenerował nadreakcję państw na koronawirusa. Media nie mogły NIE PÓJŚĆ z kamerą do szpitala i nie pokazać tematu, który „grzeje”, bo każdy wydawca patrzy na konkurencję i swoje wyniki oglądalności. Z drugiej strony żadna (no może z paroma wyjątkami – vide Szwecja, Białoruś czy Brazylia) władza nie oprze się społecznej presji napędzanej medialnym strachem i nie powie, że właściwie nic się nie dzieje. Bo mu zaraz pokażą w mediach umierające, duszące się dziecko. I leży. (I nie ma to znaczenia, że to z Syrii po ataku chemicznym w 2017 roku). Leżącego nikt nie spyta czy miał rację. A to, że takich dzieci, które zmarły na powikłania pogrypowe było nawet więcej w zeszłym roku to nie jest żaden… no właśnie – news.

I najgorsze, że nie ma tu kogo winić. Tak po prostu jest w demokracji i w mediach. To nie jest żadne specjalne macherstwo, po prostu ten splot tych obu rzeczy (demokracji i mediów) tak ma, tworzy lejek, w który wchodzi się nieodwołalnie. I społeczeństwo godzi się na ten niepisany deal. Prędzej da się oszukać niż powiedzieć sobie, że jest oszukiwane. Niekultywowana dotąd prawda jest niską ceną jaką większość zapłaci, by żyć w błogostanie „zapośredniczonej rzeczywistości”. A już zwłaszcza, gdy się boi mikronowego agresora.

Jerzy Karwelis

za:dorzeczy.pl

Copyright © 2017. All Rights Reserved.