Witamy serdecznie na stronie internetowej Oddziału Łódzkiego
Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy.

Mamy nadzieję, że ułatwimy Państwu docieranie do rzetelnej informacji. Tutaj chcemy prezentować wielkość oraz problemy naszego Kościoła, zagadnienia społeczne, cywilizacyjne, publikacje członków Stowarzyszenia, stanowiska w ważnych kwestiach. Nie będziemy konkurować w informacjach bieżących z innymi portalami (niektóre z nich wskazujemy w odnośnikach), natomiast gorąco zapraszamy do lektury wszystkich tekstów - ich aktualność znacznie przekracza czas prezentacji na stronie głównej. Zachęcamy do korzystania z odnośników: "Publikacje" i "Polecane". Mamy nadzieję na stały rozwój strony dzięki aktywnej współpracy użytkowników. Z góry dziękujemy za materiały, uwagi, propozycje.
Prosimy kierować je na adres: lodz@katolickie.media.pl

Polecane

80 lat temu żołnierze generała Władysława Andersa zdobyli Monte Cassino

80 lat temu, w południe 18 maja 1944 r., na gruzach klasztoru Monte Cassino plutonowy Emil Czech odegrał hejnał mariacki, ogłaszając zwycięstwo w jednej z najbardziej zaciętych batalii II wojny światowej. Okupione wielkimi stratami zwycięstwo stało się fundamentem legendy „armii zesłańców”.

Bitwa o Monte Cassino była jednym z najważniejszych epizodów kampanii włoskiej rozpoczętej w nocy z 9 na 10 lipca 1943 r., gdy na plażach Sycylii wylądowały wojska brytyjskie i amerykańskie wspierane przez australijskich i kanadyjskich sojuszników. Po przeszło dwóch miesiącach walk Amerykanie i Brytyjczycy mogli zrobić kolejny krok: rozpocząć atak na południowy kraniec włoskiego buta. Operację lądowania wojsk pod Salerno 9 września 1943 r. osłaniały polskie niszczyciele i okręty podwodne. Jeden z nich, ORP „Dzik”, w ciągu dwóch tygodni września na wodach Morza Liguryjskiego storpedował 14 niemieckich okrętów.

Lądowanie wojsk alianckich w południowych Włoszech oznaczało zasadniczy przełom w sytuacji politycznej i militarnej Europy. Kapitulacja Włoch i obalenie Benito Mussoliniego stawiały machinę wojenną III Rzeszy przed koniecznością okupacji całego Półwyspu Apenińskiego i próbą powstrzymania aliantów z dala od południowych granic Niemiec. Twórcą defensywnej strategii Wehrmachtu był marszałek polny Albert Kesselring, odpowiedzialny m.in. za dywanowe naloty na Warszawę we wrześniu 1939 roku. Postanowił bronić się z wykorzystaniem wszelkich dostępnych przeszkód terenowych, których nie brakowało w górzystej Italii. Pierwszą linią obrony miała być rzeka Volturno. Na mapach sztabowych Albert Kesselring kreślił kolejne linie umocnień mające powstrzymywać aliantów w ich pochodzie na Rzym. Tak powstały linie umocnień: Bernhardta, Barbary i Gustawa. Głównym punktem tej ostatniej miały się stać wzgórza wokół miejscowości Cassino.

Albert Kesselring nie zgodził się na ufortyfikowanie liczących kilkaset lat zabudowań benedyktyńskiego klasztoru na Monte Cassino, ponieważ oznaczałoby to zniszczenie jednego z najważniejszych zabytków Włoch, a tym samym ogromny cios w propagandowy wizerunek Rzeszy. Mimo to alianci zdecydowali się na zbombardowanie opactwa, obawiając się, że w trakcie walk może ono zostać wykorzystane przez Niemców. Na zniszczenie potencjalnej twierdzy naciskał gen. Bernard Freyberg, dowódca wojsk nowozelandzkich, których zadaniem miało być zajęcie tego regionu. Ostatecznie Amerykanie wyrazili zgodę na lotniczy atak na klasztor, informując o tym fakcie zakonników i Stolicę Apostolską. Pozwoliło to benedyktynom na przewiezienie spuścizny bezcennego skarbca klasztornego do Watykanu.

Rankiem 15 lutego 1944 r. 255 „latających fortec” zrzuciło na Monte Cassino ponad 350 ton bomb burzących, które sprawiły, że ściany klasztoru waliły się jak domki z kart. Jak pisał Melchior Wańkowicz: „spełniło się to, co nakazywał zakonnikom 477 punkt Reguły: śmierć zawsze obecną mieć przed oczami”. Działania aliantów spotkały się z powszechnym potępieniem. Kilka lat po wojnie dowódca V Armii amerykańskiej Mark Clark stwierdził: „Zbombardowanie klasztoru stanowiło nie tylko niepotrzebny błąd psychologiczny z propagandowego punktu widzenia – było także z wojskowego punktu widzenia błędem pierwszej klasy. Utrudniło tylko zadanie i zwiększyło straty w ludziach i sprzęcie, przynosząc także stratę czasu”. Zamienienie klasztoru w stertę gruzu ułatwiło wojskom niemieckim budowę zakamuflowanych gniazd oporu i wzmocniło ich morale. Zdaniem niemieckiego generała Frido von Sengera und Etterlin dowodzącego niemiecką obroną „duch bojowy tego wojska przerastał najśmielsze oczekiwania”.

W ciągu kilku dni po zniszczeniu klasztoru wojska alianckie próbowały zdobyć strategiczne punkty oporu znajdujące się u podnóża Monte Cassino. Zadanie to przypadło w udziale m.in. oddziałom złożonym z Maorysów, rdzennych mieszkańców Nowej Zelandii, znanych ze swojej odwagi i waleczności. Jeden z ich dowódców opisywał walki o stację kolejową w okolicach miasta Cassino: „Tej nocy była to walka na bagnety i ręczne karabiny maszynowe Bren. Nigdy nie zrozumiem, jak moi żołnierze wiedzieli, kto jest kim i co jest czym”. Z 200 maoryskich żołnierzy, którzy tej nocy wyruszyli na pole bitwy, wróciło zaledwie 70.

W drugiej połowie lutego na innych odcinkach frontu pod Monte Cassino również toczyły się niezwykle zażarte i krwawe walki nieprzynoszące zasadniczych rozstrzygnięć. Po czterech tygodniach, 15 marca, rozpoczęło się najbardziej krwawe z dotychczasowych natarć. W jego trakcie miasto Cassino zostało zrównane z ziemią. Wydawało się, że wojska sprzymierzone są już o krok od zdobycia klasztornego wzgórza. Ku ich zdziwieniu pomimo ciągłego ostrzału artyleryjskiego w ruinach klasztoru wciąż broniły się elitarne oddziały niemieckich spadochroniarzy. Słynny generał Harold Alexander powiedział: „Niestety walczymy z najlepszymi żołnierzami na świecie”.

Po kilkunastu dniach walk straty w korpusie nowozelandzkim były tak duże (niemal 4000 poległych), że zdecydowano o rozwiązaniu tej formacji. Na półtora miesiąca pod Monte Cassino zapanował względny spokój.

    „Czwarte natarcie na górę klasztorną – będzie polskim natarciem. Tam gdzie padli Amerykanie, Anglicy, Nowozelandczycy, Francuzi, Hindusi” – napisał Melchior Wańkowicz w swoim reportażu z pola bitwy.

Bitwa ta miała się stać największym wyzwaniem dla polskich żołnierzy doświadczonych niewolą w sowieckich łagrach i kampanią w Afryce. Była to konsekwencja przyjęcia przez generała Andersa propozycji złożonej przez dowódcę 8. Armii gen. Olivera Leese’a, aby to 2. Korpus Polski zdobywał Monte Cassino przy kolejnym szturmie.

    „Zdawałem sobie jednak sprawę, że Korpus i na innym odcinku miałby duże straty. Natomiast wykonanie tego zadania ze względu na rozgłos, jaki Monte Cassino zyskało wówczas w świecie, mogło mieć duże znaczenie dla sprawy polskiej. Byłoby najlepszą odpowiedzią na propagandę sowiecką, która twierdziła, że Polacy nie chcą się bić z Niemcami. Podtrzymywałoby na duchu opór walczącego Kraju. Przyniosłoby dużą chwałę orężowi polskiemu. Oceniałem ryzyko podjęcia tej walki, nieuniknione straty oraz moją pełną odpowiedzialność w razie niepowodzenia. Po krótkim namyśle oświadczyłem, że podejmuję się tego trudnego zadania” – pisał gen. Władysław Anders w książce „Bez ostatniego rozdziału”.

11 maja 1944 r. generał Władysław Anders w rozkazie do swoich oddziałów napisał: „Zadanie, które nam przypadło, rozsławi na cały świat imię żołnierza polskiego”. Atak rozpoczął się kilka godzin po wydaniu rozkazu, o godzinie 23.00, od potężnej nawały artyleryjskiej z 1600 dział. Z perspektywy niemieckich schronów „wyglądało to tak, jakby ktoś włączył światła”.

Dwie godziny później do ataku ruszyła piechota. Żołnierze szli przez zupełnie zaminowany, niemal nieosłonięty i nieznany im teren. Przeprawiali się przez wzburzoną rzekę Rapido, przedzierali przez dolinę i wznoszące się wokół niej strome wzgórza. Według Melchiora Wańkowicza był to „górski amfiteatr wygięty w podkowę dwoma piętrami, a oprócz tego z pylonami stróżującymi ponad nim. (…) Tego amfiteatru opanować od razu nie sposób. Trzeba wprzód wdrapać się niejako na arenę i przejść przez nią, a potem dopiero się wspinać na rzędy amfiteatru”. Wspinaczka rozpoczyna się pod niemieckim ostrzałem: „staje się jasne, że artyleria nie porozbijała stanowisk niemieckich, że piechota niemiecka przeczekała nawałę”. Pierwsza noc decydującej bitwy nie przyniosła decydujących rozstrzygnięć. Pozostałe oddziały; amerykańskie, brytyjskie i kanadyjskie, również zmagały się z niemieckim ostrzałem. Nie mając innego wyjścia, gen. Anders zdecydował o powrocie oddziałów na pozycje wyjściowe. Świadkowie wydarzeń opisują, że był załamany niepowodzeniem natarcia zatrzymanego przez zaledwie kilkuset Niemców. Wysiłek Polaków docenili ich sojusznicy. Wieczorem 12 maja do kwatery generała Andersa przybył brytyjski generał Oliver Leese, aby podziękować jego żołnierzom za ofiarną walkę.

Pewnym przełomem w walkach był moment ukończenia budowy saperskiego mostu na rzece Rapido po południu 13 maja. W trakcie prowadzonych pod ostrzałem artyleryjskim prac zginęło 87 z 200 pracujących brytyjskich saperów. Przejechanie przez most pierwszego plutonu czołgów Sherman zmieniło stosunek siły ognia na polu bitwy.

16 maja żołnierze generała Władysława Andersa otrzymali rozkaz szturmu na klasztor. Wówczas jednak według słów Melchiora Wańkowicza „kryzys bitwy osiągnął najwyższy szczyt”. W meldunkach napływających do sztabu dowódcy rozrzuconych po polu bitwy oddziałów piszą o zupełnym wyczerpaniu ich żołnierzy i sugerują wycofanie się. W jeszcze gorszym położeniu znaleźli się Niemcy. Wieczorem 17 maja w niektórych kompaniach pozostawało zaledwie trzech zdolnych do walki żołnierzy. Co więcej, znajdują się niemal w okrążeniu wojsk sprzymierzonych. Tego samego dnia Polacy przechwytują niemiecki rozkaz wycofania się resztek walczących oddziałów z ruin klasztoru. Sygnałem do wycofania się miał być nocny nalot Luftwaffe na stację kolejową w Cassino.

W nocy z 17 na 18 maja Feliks Konarski, żołnierz 2. Korpusu, śpiewak i kompozytor w Teatrze Żołnierza Polskiego w Campobasso, słysząc daleki grzmot dział, napisał dwie pierwsze strofy „Czerwonych maków na Monte Cassino”. Rankiem polscy żołnierze na ruinach klasztoru dojrzeli białą flagę. O godz. 9.50 wysłany w celu potwierdzenia niemieckiej kapitulacji polski oddział zawiesił nad gruzami uszyty na poczekaniu proporzec 12. Pułku Ułanów Podolskich. Wśród ruin i w krypcie św. Benedykta odnaleźli głównie ciężko rannych niemieckich spadochroniarzy pobladłych z przerażenia na widok orzełków na czapkach zwycięzców.

Podporucznik Kazimierz Gurbiel był w składzie pierwszego patrolu: „Po tych wszystkich walkach przez wszystkie te miesiące klasztor został zdobyty bez jednego wystrzału”. Inny z nich wspominał hejnał grany na gruzach klasztoru: „Ci żołnierze, zahartowani w wielu bitwach, którzy aż za dobrze poznali wstrząsającą rozrzutność śmierci na zboczach na Monte Cassino, płakali jak dzieci, gdy po latach tułaczki usłyszeli nie z radia, ale z dotąd niezwyciężonej niemieckiej twierdzy głos Polski, melodię hejnału”.

Już dzień po zdobyciu klasztoru 6. Pułk Pancerny Dzieci Lwowskich wziął udział w walkach o miejscowość Piedimonte San Germano. Kilka dni później, 4 czerwca 1944 r., wojska amerykańskie bez walki zajęły Rzym.

W trwających cztery miesiące walkach o Monte Cassino zginęło 923 polskich żołnierzy, 2931 zostało rannych, a za zaginionych uznano 345, z których 251 powróciło do oddziałów w późniejszym czasie. Między styczniem i majem 1944 r. wojska alianckie w rejonie Monte Cassino straciły 50 tysięcy żołnierzy. Straty niemieckie było o połowę mniejsze.

Na przełomie 1944 i 1945 r. na zboczach Monte Cassino powstał polski cmentarz wojskowy, który jest jednym z najważniejszych miejsc pamięci narodowej. Spoczywa na nim 1072 polskich żołnierzy. Został tam również pochowany generał Władysław Anders, który zmarł w Londynie w 1970 roku. Na murze wokół cmentarza umieszczono sentencję: „Przechodniu, powiedz Polsce, żeśmy polegli wierni w jej służbie”.

Bitwa o Monte Cassino w ciągu minionych 80 lat wywoływała wiele gorących dyskusji. Podnoszono argument bezsensowności poniesionych strat. Melchiorowi Wańkowiczowi zarówno londyńska emigracja, jak i komunistyczny reżim zarzucały nadmierną gloryfikację polskiego zwycięstwa. Do 1989 r. cenzurowano jego reportaż. W wydaniu, które służyło w trakcie przygotowywania niniejszego artykułu, PRL-owska cenzura „wycięła” fragmenty poświęcone losom polskich żołnierzy na „nieludzkiej ziemi”. Mimo to poświęcenie żołnierzy 2. Korpusu, legenda armii złożonej z więźniów sowieckich łagrów, historia misia Wojtka czy pieśń „Czerwone maki” na trwałe stały się częścią polskiej pamięci historycznej, podkreślaną przez większość historyków. Według Normana Daviesa „Monte Cassino odarte z męstwa, rozpaczy, patriotyzmu, bólu i uniesienia nie byłoby Monte Cassino”.

za:www.radiomaryja.pl

***

80-lecie bitwy o Monte Cassino – czyli 2 Korpusu Polskiego bój „za wolność naszą i waszą”

Wszystko zaczęło się od potężnej nawały artyleryjskiej. O godzinie „H”, czyli 23:00 huknęły działa 2 Korpusu wspomagane przez artylerię brytyjską.
Jak wspominają weterani – „zrobiło się jasno, jak w dzień”, „wydawało się, że to latają błyskawice”.
Ta potężna lawina ognia miała zdusić Niemców.
Polskie pierwsze natarcie, które zaczęło się w nocy z 11 na 12 maja 1944 roku stanowiło część szerszego planu.

Operacja „Diadem” – taki kryptonim nadano czwartej bitwie o Monte Cassino.
Plan opracowany przez szefa sztabu Armii Sojuszniczych we Włoszech (AAI) gen. Johna Hardinga
przewidywał jednoczesne uderzenie dużymi siłami na szerokim froncie wzdłuż linii Gustawa,
tak, żeby Niemcy nie mogli przerzucać posiłków, ani koncentrować ognia artyleryjskiego na jednym odcinku.
Wyciągnięto wnioski z trzech, poprzednich, nieudanych bitew, które kosztowały Aliantów masę przelanej krwi.
Poza Polakami w Operacji „Diadem” brały udział – XIII Korpus Brytyjski, Francuski Korpus Ekspedycyjny, oraz amerykański II Korpus.
Potężny zmasowany atak na wielu odcinkach (od północnego skrzydła polskiego aż po południowe amerykańskie przy wybrzeżu Morza Tyrreńskiego)
miał zepchnąć Niemców, umożliwić wdarcie się w dolinę rzeki Liri wzdłuż drogi nr 6 i w końcu otworzenie drogi na Rzym.
Jednak ten plan się nie udał.

Pierwsze natarcie okazało się porażką, zaś polski wysiłek, okupiony wysokimi stratami w czasie ataków na klasztor i pierścienie wzgórz wokół niego,
nie przyniósł spodziewanego efektu.
Dlaczego?
Przyczyn było kilka.
Po pierwsze bitwa stanowiła swego rodzaju „system naczyń połączonych”.
Brak sukcesu na którymkolwiek z „odcinków” – czy to w planie szerokim czy bliskim – rzutował na inne.
W tym samym czasie, gdy do szturmu ruszali Polacy, w dolinie, w południowej części miasta Cassino, rzekę Gari forsowali Brytyjczycy.
Forsowali, ale… z sześciu miejsc przepraw, w których miano postawić mosty Baileya, postawiono zaledwie jeden.
O ten most zwany Amazon Bridge saperzy z pułku Royal Engineers stoczyli heroiczny bój notując bardzo wysokie straty.
Brak sukcesu XIII Korpusu w dolinach rzek spowodował, że… Niemcy mogli skoncentrować ogień artylerii na oddziałach polskich.
Być może z tego powodu czuł wyrzuty sumienia gen. Leese, dlatego po nieudanym pierwszym natarciu przybył osobiście do gen. Andersa
i komplementował go, dziękując za heroiczny bój, ściągnięcie na siebie ognia nieprzyjaciela i umożliwienie dokonania postępów innym (czytaj – Brytyjczykom)…

Do tego pierwszego polskiego natarcia poszły na lewym skrzydle dwa bataliony 1 brygady 3 Dywizji Strzelców Karpackich
– w stronę wzgórz 593 i 569 oraz Mass Albaneta, zaś prawym – trzy bataliony 5 Kresowej Dywizji Piechoty.
Środkiem ruszyły czołgi z Pułku 4 Pancernego „Skorpion”.
Walka o każdy niemiecki bunkier była wyjątkowo trudna, zaś jedną z przyczyn wysokich strat był… brak rozpoznania.
Tego znowuż być nie mogło, bo akcja podmiany oddziałów przed operacją „Diadem” miała być dokonana po cichu,
aby Niemcy nie zorientowali się, że nastąpi atak świeżymi siłami.
 Brak tego rozpoznania patrolowego skutkował tym, że do ataku trzeba było iść „w ciemno” – dosłownie i w przenośni.
Kto choć raz widział, jak wygląda teren wzgórz montekassyńskich, usłanych kamieniami i skałami ten wie,
że pójście do natarcia w takim terenie – BEZ ROZPOZNANIA – to zadanie ekstremalnie ciężkie.
Nasi chłopcy dokonywali cudów bohaterstwa.
Wzgórze 593 zostało zdobyte i żołnierze 2 batalionu odpierali tam kolejne niemieckie kontrnatarcia przez cały dzień 12 maja.
Cóż z tego jednak, skoro cały czas Niemcy kładli na wzgórze ogień artylerii i moździerzy.
Jedna z kompanii 75% strat odniosła od ognia artyleryjskiego.
Garstka żołnierzy z Karpackiej wytrwała na 593 aż do wieczora, bez łączności, amunicji, zapasu wody.
W końcu musieli się wycofać.

Na prawym skrzydle trwały zacięte walki o wzgórze Widmo.
Bił się dzielnie por. Jan Miszkiel z batalionu „Wilków”.
Na zdobytych z trudem pozycjach z garstką żołnierzy 15 batalionu trwał do końca mjr. Gnatowski.
Ale straty były potężne, 18 batalion z pułkownikiem Domoniem jako ostatnim, wycofał się w połowie dnia.
Miny, moździerze, świetnie wyszkoleni niemieccy spadochroniarze w dziesiątkach bunkrów – to było dla polskich żołnierzy prawdziwe piekło.
Bili się wśród rozpryskujących i raniących kamieni, w potwornym fetorze setek trupów rozkładających się od kilku
miesięcy, mając problemy z komunikacją i transportem rannych, wśród zwojów drutu kolczastego i pośród wybuchających min.
Taki był początek tego długiego tygodnia.
12 maja trzeba było się wycofać, umocnić na podstawach wyjściowych,
nadal zresztą odpierając nieustanne niemieckie kontrataki i zacząć się szykować do kolejnego natarcia…

Napisy na pomnikach na wzgórzach 593 i 575 mówią, iż bili się „za wolność naszą i waszą”.
Po osiemdziesięciu latach trzeba nisko pokłonić głowy wobec tych wszystkich bohaterów sprzed lat,
którzy wyszli najpierw z sowieckiego piekła, by bić się o wolność dla Polski i świata, a potem trafili do piekła wojennego pod Monte Cassino.

Tomasz Łysiak

za:niezalezna.pl


***

Walki o Monte Cassino. Legendarny heroizm Polaków

Bitwa o Monte Cassino to seria kilku starć, które trwały od 17 stycznia do 19 maja 1944 roku.
Była to bitwa niezwykle krwawa, w której ogromnym męstwem wykazali Polacy z 2. Korpusu Polskiego pod dowództwem gen. Władysława Andersa.
Walki o Monte Cassino stały się symbolem polskiego poświęcenia w czasie II wojny światowej.

Bitwa o Monte Cassino to starcie, które trwale zapisało się w naszej pamięci.
Choć Polacy walczyli na wielu frontach II wojny światowej i brali udział w licznych bitwach,
to właśnie Monte Cassino jest prawdopodobnie wspominane najczęściej.
Wokół tego włoskiego wzgórza, o które toczono tak zacięte walki, urósł bowiem swoisty mit.
Przyczynił się do niego, choć niezamierzenie, Feliks Konarski tworząc utwór „Czerwone maki na Monte Cassino”, który został swego rodzaju polską pieśnią narodową. Duże zasługi w tworzeniu „mitu” miał także Melchior Wańkowicz dzięki swojej monumentalnej pracy „Bitwa o Monte Cassino”, którą komuniści cenzurowali i utrudniali jej rozpowszechnianie.

Dla władz PRL Polacy walczący na zachodnich frontach, w tym 2. Korpus na czele z gen. Władysławem Andersem, byli wizerunkowo bardzo niebezpieczni.
Jednak czym mocniej starano się wyrugować pamięć o polskich żołnierzach na Zachodzie, tym bardziej rosła ich legenda.

Kluczowy punkt w linii Gustawa

W roku 1943 alianci wylądowali na Sycylii. Od tamtej pory posuwali się stopniowo na północ, spychając Niemców do środkowych Włoch.
Ostatnim punktem oporu było Monte Cassino. W przypadku jego zajęcia droga do Rzymu stałaby otworem.

Półwysep Apeniński przegrodzony został liniami umocnień. Najsilniejszą była linia Gustawa biegnąca miedzy Gaetą i Ortoną.
Był to najbardziej imponujący wał umocnień w całej ówczesnej Europie.
Jednym z kluczowych jego punktów była miejscowość Cassino wraz z leżącym na wzgórzu opactwem benedyktynów.

Klasztor Monte Cassino

 Jak pisał Melchior Wańkowicz: „Przejście na Rzym pod Monte Cassino było od niepamiętnych czasów miejscem, w którym obrońcy Włoch zastępowali drogę najeźdźcom ciągnącym z południa. W tym miejscu góry spiętrzone od morza do morza zostawiają tylko pas dziesięciokilometrowej szerokości, którym płynie rzeka Liri. O sforsowanie tego przejścia walczono od wieków i ten klasyczny przedmiot obrony był stale przerabiany w zadaniach włoskiego sztabu generalnego".

Z kolei Matthew Parker, autor książki „Monte Cassino. Opowieść o najbardziej zaciętej bitwie II wojny światowej” pisał: „Masyw Cassino, na którym stał klasztor, był kluczowym stanowiskiem w linii Gustawa, systemie połączonych niemieckich linii obronnych, biegnącym przez całą szerokość najwęższej części Włoch między Gaetą i Ortoną. Był to przykład imponującej inżynierii wojskowej, najpotężniejszy system obronny, z jakim podczas wojny zetknęli się Brytyjczycy i Amerykanie. W znacznej części górował nad rzekami o stromych brzegach, w szczególności Garigliano i Rapido, lub też rozciągał się na nadbrzeżnych bagnach lub na wysokich górskich szczytach. Naturalne korzyści, jakie dawało górskie położenie, zostały wzmocnione przez Niemców dzięki usunięciu budynków i drzew i poszerzeniu w ten sposób pola rażenia. W innych miejscach powiększono występujące w tej okolicy naturalne jaskinie, a pozycje obronne wzmocniono dźwigarami kolejowymi i betonem. Wykopano ziemianki, połączone podziemnymi przejściami. Umocnienia nie były jedną linią, a raczej wieloma liniami z tak zaplanowanymi stanowiskami, żeby można było natychmiast przeprowadzić kontrnatarcia na utraconych obszarach frontu”.
W tym miejscu Niemcy postanowili stawić opór aliantom. Kiedy obsadzili okoliczne wzgórza mogli obserwować wszystkie okoliczne drogi oraz ruchy wojsk przeciwnika. Wiedziano, że zdobycie Cassino będzie dla aliantów niezwykle trudne, a nawet – jak liczono – niemożliwe. W końcu, jak uczyła historia, od czasów Belizariusza (dowódcy cesarza bizantyńskiego Justyniana Wielkiego), nikt nie zdobył Italii idąc od południa.
 Niemcy wiedzieli jednak, że nadchodząca bitwa będzie miała kluczowe znaczenie. Choć w teorii to oni mieli przewagę, należało do walki przygotować się niezwykle starannie. „W ciągu kilku następnych dni rozpocznie się bitwa o Rzym. Będzie miała decydujące znaczenie dla obrony środkowych Włoch i przesądzi o losie 10. Armii (…) Bitwa musi się toczyć w duchu świętej nienawiści do wroga, który prowadzi okrutną wojnę w celu eksterminacji narodu niemieckiego” – brzmiał niemiecki rozkaz.

Walka o Monte Cassino nie miała być bitwą wojsk pancernych ani starciem lotnictwa. O zwycięstwie przesądzić miały walki piechoty, starcia pomiędzy pojedynczymi żołnierzami uzbrojonymi w karabiny, bagnety i granaty
Nacieraliśmy w mesztach. Niemiec strzelał ponad naszymi głowami i w tym huku podszedłem. Gdy napadłem na nich zaczęła się walka wręcz. Złamałem kolbę w pistolecie automatycznym Thompson, dlatego, bo on mnie uderzył w szczękę pistoletem. Ja go uderzyłem w głowę. Ta walka była prawdziwa. Z niego się krew lała i ze mnie. Tylko dlatego przeżyłem, że działałem z zaskoczenia” – wspominał później żołnierz 2 Korpusu Antoni Adamus.

Walki o Monte Cassino

Natarcie na Monte Cassino rozpoczęło się 17 stycznia 1944 roku, lecz nie przyniosło żadnych efektów.
Drugi raz alianci zaatakowali w połowie lutego. Klasztor benedyktynów na Monte Cassino został wówczas zniszczony w nalocie bombowców.
Alianci utrzymywali, że Niemcy wykorzystywali klasztor jako punkt obserwacyjny, lecz nie ma na to dowodów.

Trzeci atak na Monte Cassino nastąpił w drugiej połowie marca, lecz wciąż nie przyniósł rezultatu.
Decydująca bitwa miała rozpocząć się w nocy z 11 na 12 maja.
Atak zaplanowany został na całym lewym skrzydle włoskiego frontu, od Monte Cassino po Morze Tyrreńskie.
Do natarcia przygotowywały się wojska amerykańskie, francuski Korpus Ekspedycyjny, oddziały indyjskie, brytyjskie oraz 2. Korpus Polski.
Polacy otrzymali najtrudniejsze zadanie: mieli uderzyć na grzbiet górski łączący pozycje niemieckie i klasztorem na Monte Cassino.
O tym, czy Polacy wezmą udział w walkach miał osobiście zdecydować gen. Anders.
Nie było czasu, aby skonsultował tę decyzję z polskim dowództwem w Londynie

Anders we wspomnieniach zatytułowanych „Bez ostatniego rozdziału” wskazał powody, dla których zgodził się na udział Polaków w bitwie o Monte Cassino: „23 marca przyjechał do mnie do Vinchiaturo gen. Leese i udzielił mi następujących wiadomości. Niemcy odparli ponowne natarcie na miasto Cassino. Wojska sojusznicze na przyczółku Anzio znajdują się w trudnym położeniu. Wobec tego zdecydowano wielką ofensywę na odcinku frontu włoskiego od miasta Cassino do wybrzeża Morza Tyrreńskiego. 8 Armia otrzymała zadanie przełamania linii Gustawa, której najsilniejszym punktem są wzgórza Monte Cassino oraz linii Hitlera, której zawiasem jest Piedimonte. Dla 2. Korpusu Polskiego przewidziano najtrudniejsze zadanie zdobycia w pierwszej fazie wzgórz Monte Cassino, a następnie Piedimonte. Była to dla mnie chwila doniosła. Rozumiałem całą trudność przyszłego zadania Korpusu. (...) Zaciekłość walk w mieście Cassino i na wzgórzu klasztornym były już wówczas dobrze znane. Mimo że klasztor Monte Cassino był bombardowany, mimo że oddziały i czołgi sojusznicze dochodziły przejściowo na sąsiednie wzgórza, mimo że z miasta Cassino zostały tylko gruzy, Niemcy utrzymali ten punkt oporu i nadal zamykali drogę do Rzymu. Zdawałem sobie jednak sprawę, że Korpus i na innym odcinku miałby duże straty. Natomiast wykonanie tego zadania ze względu na rozgłos jaki Monte Cassino zyskało wówczas w świecie mogło mieć duże znaczenie dla sprawy polskiej. Byłoby najlepszą odpowiedzią na propagandę sowiecką, która twierdziła, że Polacy nie chcą się bić z Niemcami. Podtrzymywałoby na duchu opór walczącego Kraju. Przyniosłoby dużą chwałę orężowi polskiemu. Oceniałem ryzyko podjęcia tej walki, nieuniknione straty oraz moją pełną odpowiedzialność w razie niepowodzenia. Po krótkim namyśle oświadczyłem, że podejmuję się tego trudnego zadania”.

 Niemcy zastosowali specyficzny rodzaj obrony.
Chronili się w niewielkich schronach, które otoczone były polami minowymi i stanowiskami moździerzy oraz artylerii.
Stanowiska osłonięte były drutami kolczastymi, w każdym znajdowało się trzech ludzi.
Najbardziej zaciekłe walki toczyły się w rejonie zwanym „Widmo”.

Generał Władysław Anders zdawał sobie sprawę z trudności, z jakimi mierzą się jego ludzie, lecz wierzył w powodzenie.
Zwycięstwo pod Monte Cassino miało zademonstrować aliantom siłę i zdolności polskich żołnierzy.

Poświęcenie Polaków opłaciło się. W nocy z 17 na 18 maja Niemcy zaczęli wycofywać się z Monte Cassino
 „18 maja to moment rozpoczęcia natarcia. Moment, którego nie można zapomnieć. Wieczorem, góry przed nami się zapaliły.
Przygotowanie artyleryjskie - jak okiem sięgnąć jedna wielka łuna ognia. Trzeba pamiętać, że na naszym odcinku było 1100 dział.
Nad nami słychać było szum pocisków i w pewnym momencie salwa niemiecka. Koło mnie spadło ze 100 pocisków” – wspominał żołnierz 2 Korpusu Polskiego.

Około godziny 10:00 18 maja 12. Pułk Ułanów Podolskich wdarł się do ruin klasztoru na Monte Cassino, gdzie zatknięto biało-czerwoną flagę.
W samo południe jeden z polskich żołnierzy, Emil Czech odegrał na Monte Cassino hejnał mariacki.
 W czasie walk o Monte Cassino zginęło 924 Polaków, a 3 tysiące zostało rannych. Podobne straty ponieśli też pozostałe wojska alianckie.
Zdobycie Monte Cassino okupione zostało więc wielkim poświeceniem i krwią licznych żołnierzy.
Sukces był jednak znaczący.
Droga na Rzym była otwarta, choć Niemcy nie zostali jeszcze zupełnie rozbici – zdołali bowiem wycofać się na północ.
Stolica Włoch została zdobyta 4 czerwca 1944 roku.

W 1945 roku na Monte Cassino otwarto polski cmentarz wojenny, na którym spoczęło 1072 polskich żołnierzy.
W 1970 roku pochowany tam został również generał Władysław Anders.

Na miejscu ich wiecznego spoczynku wyryto napis: „Przechodniu powiedz Polsce, żeśmy polegli wierni w jej służbie”.

za:historia.dorzeczy.pl


***

Cztery bitwy o Monte Cassino. Tomasz Łysiak: Alianci przeciwko Niemcom

Gdy słyszymy słowa „bitwa o Monte Cassino”, przed oczami stają nam obrazy wrośnięte w polską duszę dzięki genialnemu reportażowi wojennemu Melchiora Wańkowicza, a także słynnym zdjęciom przedstawiającym żołnierzy 2. Korpusu Polskiego idących do walki po skałach montekassyńskich czy wreszcie zawieszających flagę na szczycie ruin klasztoru 18 maja 1944 roku. Wyobraźnia przenosi nas zatem do maja, zaś wszystko, co wiemy o bitwie, filtrujemy przez naszą wrażliwość i wiedzę. Monte Cassino jest więc dla nas na wskroś „polskie”. Tymczasem zanim na scenę bitewną wkroczyli Polacy, o przełamanie linii Gustawa bili się żołnierze wielu innych narodowości

Bitwę o Monte Cassino nazywa się też bitwą narodów. Przeciwko Niemcom stanęły bowiem dwie armie, w których szeregach odnaleźć można było: Amerykanów, Brytyjczyków, Nowozelandczyków, Kanadyjczyków, Maorysów, Gurków, Włochów, Hindusów, Francuzów, Marokańczyków, Algierczyków, Tunezyjczyków, Japończyków, a wreszcie żołnierzy z naszywką „Poland” na ramieniu.

Droga na Rzym

Plan inwazji na Włochy zrodził się na konferencji w Casablance w styczniu 1943 roku i był forsowany przez Churchilla.
Napoleon mawiał, że Italia ma kształt buta – i trzeba ją zdobywać tak, jak się buty wkłada, czyli od góry.
Tymczasem alianci uderzyli od południa i 10 lipca 1943 roku, w ramach Operacji „Husky”, wylądowali na Sycylii.
Kolejnym krokiem był kontynent – we wrześniu 1943 roku.
Lądowanie 5. Armii USA pod Salerno (Operacja „Avalanche”) wykazało, że pomimo wielkiej przewagi liczebnej i materiałowej
alianci popełniają błędy i podejmują głupie decyzje.
Piątą Armią dowodził powszechnie krytykowany, niedoświadczony i pyszałkowaty generał Mark Clark.
Dodatkowym problemem były tarcia między najważniejszymi graczami – Amerykanami i Brytyjczykami.
Głównym zadaniem stojącym przed sojusznikami było zdobycie Rzymu, ale by dotrzeć do Wiecznego Miasta, trzeba było najpierw zająć Neapol
(to udało się na początku października), a potem pokonać bardzo trudny teren pełen gór, rwących rzek i słabo przejezdnych dróg.
Wreszcie – kampania przypadła na czas zimy, więc na żołnierzy alianckich czekały najtrudniejsze z możliwych warunki bojowe.
Nie dość, że walczyli w trudnym terenie, to jeszcze padał na zmianę deszcz i śnieg, drogi zamieniały się w niemożliwe do przebrnięcia błotne topieliska,
w których grzęzły transport kołowy i czołgi, a w górach znakomicie ufortyfikowali się Niemcy.
By dojść do Rzymu, alianci musieli pokonać cztery linie umocnień – jedną wzdłuż rzeki Volturno, drugą
– linię Bernhardta (czyli tzw. linię zimową), wreszcie najpotężniejszą – linię Gustawa wraz z ryglującą ją od południowego zachodu – linią Hitlera.
To tutaj docierała z południa droga numer 6, zwana od starożytności Casiliną, która szła prosto do podnóża góry Monte Cassino,
by tam gwałtownie skręcić, ominąć szczyt od południa i skierować się doliną Liri w stronę stolicy Włoch.
Klasztor benedyktyński na Monte Cassino został wpleciony przez Niemców w szereg położonych w górach umocnień.
Wykorzystano teren znakomicie – na szczytach gór, wzniesieniach i w rozpadlinach pobudowano stanowiska ogniowe i bunkry,
rozsadzano skały dynamitem, a także przystosowano do walki naturalnie istniejące jaskinie.
Linia Gustawa ciągnęła się od wybrzeża Morza Tyrreńskiego pod Minturno aż do Ortony nad Adriatykiem.
Tak więc jej przełamanie i otworzenie drogi na Rzym było głównym celem olbrzymiej operacji wojennej, jaką była bitwa o Monte Cassino,
która trwała aż cztery miesiące – od 17 stycznia do 25 maja 1944 roku.

Bloody River

Pierwsza bitwa o Monte Cassino rozpoczęła się najpierw od przygotowawczych ataków Francuskiego Korpusu Ekspedycyjnego na prawym skrzydle sił alianckich
w stronę Atiny i potężnej, skalistej, dobrze umocnionej góry Monte Cifalco.
W skład tego korpusu wchodzili tzw. goumiers – Marokańczycy i Algierczycy, którzy z daleka wyróżniali się swym wyglądem
(nosili brody, sandały i pasiaste płaszcze), byli odważni i bezwzględni w stosunku do wroga, ale też do ludności cywilnej.

Na lewym skrzydle atakował X Korpus Brytyjski – w nim zaś Dywizja 56, z którą przez rzekę Garigliano przeprawiła się też
polska I Samodzielna Kompania Komandosów.
O jej akcjach bojowych pisałem w styczniu na łamach „Gazety Polskiej”.
Brytyjczycy uderzyli 17 stycznia i tę datę uznaje się za początek pierwszej bitwy.
W centrum do ataku miał iść II Korpus Amerykański.
Najpierw trzeba było przekroczyć rzeki – płynącą z gór porywistą Rapido, która łączyła się z Gari.
20 stycznia na wysokości miasteczka San Angelo in Theodice przeprawiały się dwa pułki amerykańskie 36. Dywizji Teksańskiej.
Już na wstępie popełniono mnóstwo błędów.
Przed atakiem rzekę przeszły patrole, ale Niemcy do nich nie strzelali, by nie zdradzić swych pozycji.
Saperzy amerykańscy rozminowali i przygotowali szlak dla piechoty, oznaczając go białymi wstęgami papieru,
które wkrótce poprzesuwał wiatr, co spowodowało, iż potem żołnierze wpadali na miny.
Miny były niezwykle skuteczne – urywały nogi, ale nie zabijały.
W ten sposób jedna mina eliminowała nie tylko rannego, lecz także jego kolegów, którzy musieli wynieść go z pola walki.

Rzekę pokonywano w większości na gumowych pontonach, będących łatwym celem dla przeciwnika.
Ranni i zabici wpadali do lodowatej wody.
Drugi brzeg był stromy, a po jego pokonaniu trafiało się znów pod bezpośredni ogień nieprzyjaciela.
Rzeka szybko zabarwiła się na czerwono i odtąd nazywano ją „Bloody River”.

Wykrwawione dywizje

Ale nawet zdobycie niewielkich przyczółków na drugim brzegu nic nie dawało. Niemcy walili z karabinów maszynowych i artylerii, zaś położenie zasłon dymnych uniemożliwiało skuteczne kierowanie ogniem własnym. Mimo to generał Walker został zmuszony do kolejnego ataku następnego dnia. Pod wieczór straty wyniosły 1681 osób. Dlaczego więc dowódca 5. Armii naciskał na te szalone, źle przygotowane ataki? Bo wiedział, że 22 stycznia planowany jest desant pod Anzio. Na południe od Rzymu (a na północ od linii Gustawa) wylądował VI Korpus amerykański i tak naprawdę to właśnie to lądowanie (a nie bitwa o Monte Cassino) miało mieć zasadnicze znaczenie. Gdyby się udało – droga na Rzym byłaby otwarta. Ale generał Lucas utknął zamknięty w swego rodzaju kotle na długie miesiące. Tymczasem 5. Armia tłukła głową o pozycje niemieckie. 23 stycznia Korpus Francuski dostał rozkaz przekierowania ataku na inną oś – w stronę wzgórza Colle Belvedere i miasteczka Terelle. Część natarcia była prowadzona na skalnych graniach, na które trzeba się było wspinać przy pomocy lin. Kiedy trzecia kompania 4. pułku tunezyjskiego poszła do ataku na bagnety – wróciło tylko trzech podoficerów i 15 żołnierzy.

Tymczasem 34. dywizja Red Bull atakowała przez rzekę Rapido w stronę koszar Villa. I także poniosła potężne straty. Rozmawiałem ze 101-letnim weteranem dywizji, sierżantem Donem Halversonem. Przeżył tam koszmar. Z jego plutonu został on i… pięciu żołnierzy. Red Bull walczyła w lutym i wdarła się tam, gdzie potem mieli bić się Polacy – w stronę Albanety i wzgórza 593. Amerykanie je zdobyli, lecz ponieśli tak ciężkie straty, że musieli się wycofać. Koniec pierwszej, nieudanej bitwy to wycofanie pięciu wykrwawionych dywizji.

 Czerwona ziemia


Teraz na scenę wkroczyli Nowozelandczycy. Druga (Operacja „Avenger”) i trzecia (Operacja „Dickens”) bitwy o Monte Cassino toczone były przede wszystkim
przy użyciu Korpusu Nowozelandzkiego dowodzonego przez generała Freyberga.
To on wymusił zbombardowanie klasztoru 15 lutego 1944 roku przez amerykańskie bombowce i obrócenie go w ruinę.
Tym razem biły się dwie dywizje – 2. Nowozelandzka na terenie miasta Cassino i Hindusi z 4. Dywizji.
Walki na stacji kolejowej, gdzie walczyli Maorysi, zostały upamiętnione niewielkim monumentem na peronie pierwszym.
Nowozelandczycy wdzierali się do miasta, zaś dywizja hinduska poszła tam, gdzie wcześniej walczyli Amerykanie.
Na Wzgórze 593 ruszono z okolic Głowy Węża (czyli tam, gdzie Domek Doktora i późniejsze miejsca walk polskiej Dywizji Karpackiej).
593 – już od średniowiecza nazywane Monte Calvario, czyli Wzgórze Ofiarne – znów „zapracowało” na swe miano.
Połowa kompanii została wybita.
Poszedł kolejny batalion.
Atakowali Gurkowie i Maorysi.
Poszli Hindusi z 6. pułku Rajputana Rifles, którzy kiedy na Cavendish Road (późniejszej Drodze Polskich Saperów) zobaczyli miejsce,
gdzie znajduje się czerwona ziemia, cieszyli się, że wygląda jak „święta ziemia” znad Gangesu.
 Ale i ona nie przyniosła im szczęścia. Doszło do brutalnej walki wręcz z Niemcami.

W ciągu dwóch nocy pułk stracił 12 z 15 oficerów i 162 ludzi ze stanu liczbowego 313 żołnierzy biorących udział w ataku.

Tak więc druga bitwa także nie przyniosła rezultatu.

Decyzja

15 marca, od zbombardowania miasta Cassino, rozpoczęła się trzecia, najkrwawsza bitwa o Monte Cassino – Operacja „Dickens”. Znów brały w niej udział te same dywizje Korpusu Nowozelandzkiego. Dołączyła także świetna 78. Dywizja Brytyjska Battleaxe. Rozegrały się dramatyczne walki o wzgórze zamkowe Rocca Janula (zdobyte wreszcie przez Nowozelandczyków) oraz czołgowa batalia – uderzenie w stronę Mass Albanety drogą Cavendish Road. Jednak nawet zdobycie wzgórza zamkowego Rocca Janula, czy też Wzgórza Kata (tak nazwanego od masztu kolejki linowej, którego ramię wraz z liną oberwał niemiecki samolot) nie przyniosło Aliantom zwycięstwa. Nowozelandzki Korpus poniósł dramatycznie ciężkie straty: 4. Dywizja Hinduska straciła 3 tys. ludzi, a 2. Dywizja Nowozelandzka 1600 żołnierzy – zabitych, rannych lub zaginionych. Nadchodził czas kolejnej bitwy. Pojawiły się nowe siły – brytyjski XIII Korpus. 24 marca w Vinchiaturo generał Leese zapytał generała Andersa, czy 2. Korpus Polski podejmie się najtrudniejszego zadania.

Anders poprosił o 10 minut do namysłu. I wyszedł zapalić papierosa razem z szefem sztabu, pułkownikiem Wiśniowskim…

Tomasz Łysiak

za:niezalezna.pl


***

„Czerwone maki na Monte Cassino”. Mija 80 lat od przełomowej bitwy, która otworzyła drogę na Rzym

80 lat temu, 17 stycznia 1944 r. rozpoczęła się bitwa o Monte Cassino.
W największej batalii frontu włoskiego walczyli żołnierze dziesięciu narodowości z pięciu kontynentów.
W maju zadanie zdobycia ruin klasztoru bronionego przez resztki sił niemieckich przypadło żołnierzom 2. Korpusu Polskiego.

Bitwa o Monte Cassino była jednym z najważniejszych epizodów kampanii włoskiej rozpoczętej w nocy z 9 na 10 lipca 1943 r.,
gdy na plażach Sycylii wylądowały wojska brytyjskie i amerykańskie wspieranie przez australijskich i kanadyjskich sojuszników. Lądowanie wojsk alianckich w południowych Włoszech oznaczało zasadniczy przełom w sytuacji politycznej i militarnej Europy.

Kapitulacja Włoch i obalenie Benito Mussoliniego stawiały machinę wojenną III Rzeszy przed koniecznością okupacji całego Półwyspu Apenińskiego i próbą powstrzymania aliantów z dala od południowych granic Niemiec. Jedną z głównych linii umocnień mających powstrzymywać aliantów w ich pochodzie na Rzym były wzgórza wokół miejscowości Cassino.

Co ciekawe, Niemcy nie zdecydowali się na ufortyfikowanie słynnego klasztoru benedyktynów, mając na względzie potencjalne straty wizerunkowe. Na zbombardowanie opactwa zdecydowali się jednak alianci, przekonując, że w trakcie walk może zostać wykorzystane przez Niemców. Działania aliantów spotkały się z powszechnym potępieniem, a także znacznie utrudniło zdobycie umocnień. Zamienienie klasztoru w stertę gruzu ułatwiło wojskom niemieckim budowę zakamuflowanych gniazd oporu i wzmocniło ich morale.

Na niemal wszystkich odcinkach frontu pod Monte Cassino toczyły się niezwykle zażarte i krwawe walki nieprzynoszące zasadniczych rozstrzygnięć. Po czterech tygodniach, 15 marca rozpoczęło się najbardziej krwawe z dotychczasowych, natarć. W jego trakcie miasto Cassino zostało zrównane z ziemią. Ku zdziwieniu sprzymierzonych pomimo ciągłego ostrzału artyleryjskiego w ruinach klasztoru wciąż broniły się elitarne oddziały niemieckich spadochroniarzy

„Czwarte natarcie na górę klasztorną – będzie polskim natarciem. Tam gdzie padli Amerykanie, Anglicy, Nowozelandczycy, Francuzi, Hindusi” – napisał Melchior Wańkowicz w swoim reportażu z pola bitwy. Bitwa ta miała stać się największym wyzwaniem dla Polskich żołnierzy doświadczonych niewolą w sowieckich łagrach i kampanią w Afryce.

11 maja 1944 r. generał Władysław Anders w rozkazie do swoich oddziałów napisał: „Zadanie, które nam przypadło, rozsławi na cały świat imię żołnierza polskiego”. Atak rozpoczął się o godzinie 23.00 od potężnej nawały artyleryjskiej z 1600 dział. Dwie godziny później do ataku ruszyła piechota. Żołnierze szli przez zupełnie zaminowany, niemal nieosłonięty i nieznany im teren. Przeprawiali się przez wzburzoną rzekę Rapido, przedzierali przez dolinę i wznoszące się wokół niej strome wzgórza; cały czas pod niemieckim ostrzałem. Niestety, żołnierze musieli się wycofać na pozycje wyjściowe. Sojusznicy docenili ofiarność Polaków, składając im oficjalne podziękowania.

16 maja żołnierze generała Andersa otrzymali rozkaz szturmu na klasztor. Sytuacja była bardzo napięta; w licznych meldunkach alianckich była mowa o zupełnym wyczerpaniu żołnierzy i sugestiach wycofania się. Ale w jeszcze gorszym położeniu znaleźli się Niemcy, którzy znaleźli się praktycznie w okrążeniu wroga. Tego samego dnia Polacy przechwytują niemiecki rozkaz wycofania się resztek walczących oddziałów.

Rankiem polscy żołnierze na ruinach klasztoru dojrzeli białą flagę. O 9.50 wysłany w celu potwierdzenia niemieckiej kapitulacji polski oddział zawiesił nad gruzami uszyty na poczekaniu proporzec 12. Pułku Ułanów Podolskich.

Kilka dni później, 4 czerwca 1944 r. wojska amerykańskie bez walki zajęły Rzym. W trwających cztery miesiące walkach o Monte Cassino zginęły cztery tysiące polskich żołnierzy. Wojska alianckie straciły 50 tysięcy żołnierzy. Straty niemieckie było o około połowę mniejsze. Na przełomie 1944 i 1945 r. na zboczach Monte Cassino powstał polski cmentarz wojskowy, gdzie spoczywa 1072 polskich żołnierzy. Został tam również pochowany generał Anders, który zmarł w Londynie w 1970 r. Na murze wokół cmentarza umieszczono sentencję: „Przechodniu powiedz Polsce, żeśmy polegli wierni w jej służbie”.

Bitwa o Monte Cassino w ciągu minionych osiemdziesięciu lat wywoływała wiele gorących dyskusji. Podnoszono argument bezsensowności poniesionych strat. Melchiorowi Wańkowiczowi, zarówno londyńska emigracja jak i komunistyczny reżim, zarzucały nadmierną gloryfikację polskiego zwycięstwa. Do 1989 r. cenzurowano jego reportaż. W wydaniu, które służyło w trakcie przygotowywania niniejszego artykułu peerelowska cenzura „wycięła” fragmenty poświęcone losom polskich żołnierzy na „nieludzkiej ziemi”. Mimo to poświęcenie żołnierzy 2. Korpusu, legenda misia Wojtka czy pieśń „Czerwone Maki” na trwałe stały się częścią polskiej pamięci historycznej.

za:pch24.pl


***

Cała Polska czeka na ten film. "Czerwone maki". Pierwszy polski film o bitwie pod Monte Casino

"Czerwone maki" to pierwszy polski film fabularny o słynnej i zwycięskiej bitwie o Monte Cassino.
Zdjęcia do produkcji powstawały w Chorwacji (Zadar, Nekić, Marasović, Tulove Grede), Bułgarii (Sofia, Varvara), Włoszech (Monte Cassino) oraz w Polsce.
Po raz kolejny specjalista od kina wojennego – Krzysztof Łukaszewicz ("Orlęta: Grodno '39", "Karbala", "Generał Nil")
nawiązuje do najważniejszych i najbardziej dramatycznych kart naszej historii.

W filmie fikcja przeplata się z faktami, tworząc magnetyczną i angażującą widzów opowieść.
Wyścig z czasem, pełen napięcia proces planowania natarcia i ogromny ciężar nieodwracalnych decyzji podejmowanych przez dowódców II Korpusu
czynią z "Czerwonych maków" kino pozostawiające niezapomniane emocje.

Dynamiczne i nowocześnie realizowane „Czerwone maki" inspirowane są najlepszymi produkcjami kina batalistycznego ukazującymi realia II wojny światowej
(np. "Najdłuższy dzień" (1962), "O jeden most za daleko" (1977), "Szeregowiec Ryan" (1998), "Dunkierka" (2017)).

Podobnie jak w dziełach światowych reżyserów – historyczne wydarzenia zostały tu pokazane przez pryzmat losów pojedynczych bohaterów.

 "Czerwone maki" – o czym jest film?

Historię bitwy oglądamy oczami Jędrka – młodego chłopaka, który przeszedł przez łagrowe piekło i opuścił Rosję wraz z Armią Andersa jako jedna z tysięcy sierot.
Czas niewoli zmienił go z chłopca z dobrej rodziny w kombinatora i drobnego złodziejaszka, który zrobi wszystko, aby przetrwać.
Zetknięcie się z żołnierzami II Korpusu oraz budząca się miłość do sanitariuszki Poli sprawią jednak, że Jędrek przejdzie głęboką przemianę.
Wkrótce na froncie ma dojść do decydującego ataku na broniony przez niemieckie oddziały klasztor położony na wzgórzach Monte Cassino
– ta spektakularna bitwa zadecyduje o życiu wielu żołnierzy i dalszym ataku armii aliantów we Włoszech oraz zmieni na zawsze życie Jędrka.

Poza Jędrkiem (Nicolas Przygoda) i Polą (Magdalena Żak) bohaterami filmu są także korespondent wojenny (Leszek Lichota),
który staje się mentorem zbuntowanego nastolatka, oraz brat Jędrka Stanisław (Szymon Piotr Warszawski), oficer wojsk pancernych,
którego oddział odgrywa kluczową rolę podczas szturmu.
Na ekranie zobaczymy także postaci historyczne – w rolę legendarnego generała Andersa wcielił się Michał Żurawski,
a brytyjskiego generała Olivera Leese zagrał Mark Kitto.
W filmie występują także: Bartłomiej Topa, Łukasz Garlicki, Andrzej Mastalerz, Mateusz Banasiuk, Radosław Pazura, Szymon Nygard i inni.

Pomimo tego, że bitwa o Monte Cassino była jednym z kluczowych wydarzeń kampanii włoskiej, która otworzyła aliantom drogę na Rzym, jest ona praktycznie nieznana poza Polską.
Dzięki „Czerwonym makom” bohaterstwo polskich żołnierzy, którzy zdobyli Monte Cassino, zyskuje nareszcie właściwe upamiętnienie.

Film jest dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz współfinansowany przez Polski Instytut Sztuki Filmowej. Realizacja filmu przebiega przy wsparciu Polskiej Fundacji Narodowej, Ministerstwa Obrony Narodowej oraz Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.

za:rozrywka.dorzeczy.pl

***

Czerwone maki na Monte Cassino

https://www.youtube.com/watch?v=BVvAkeBXRcI

***

Klasztor - Lech Makowiecki

https://www.youtube.com/watch?v=GqL4h1P5X8o

Jan Pietrzak - Maki /1994/

https://www.youtube.com/watch?v=vHC0SZU34Z8

Copyright © 2017. All Rights Reserved.