Witamy serdecznie na stronie internetowej Oddziału Łódzkiego
Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy.

Mamy nadzieję, że ułatwimy Państwu docieranie do rzetelnej informacji. Tutaj chcemy prezentować wielkość oraz problemy naszego Kościoła, zagadnienia społeczne, cywilizacyjne, publikacje członków Stowarzyszenia, stanowiska w ważnych kwestiach. Nie będziemy konkurować w informacjach bieżących z innymi portalami (niektóre z nich wskazujemy w odnośnikach), natomiast gorąco zapraszamy do lektury wszystkich tekstów - ich aktualność znacznie przekracza czas prezentacji na stronie głównej. Zachęcamy do korzystania z odnośników: "Publikacje" i "Polecane". Mamy nadzieję na stały rozwój strony dzięki aktywnej współpracy użytkowników. Z góry dziękujemy za materiały, uwagi, propozycje.
Prosimy kierować je na adres: lodz@katolickie.media.pl

Polecane

615 lat temu pod Grunwaldem wojska polsko-litewskie pokonały armię Zakonu Krzyżackiego

15 lipca 1410 r. pod Grunwaldem wojska polsko-litewskie, wspierane przez oddziały ruskie, czeskie i tatarskie, pod wodzą króla Władysława Jagiełły pokonały armię zgromadzoną przez Zakon Krzyżacki. Była to jedna z największych bitew średniowiecza.

Jedna z największych bitew w historii średniowiecznej Europy

Bitwa pod Grunwaldem to jedna z największych bitew w historii średniowiecznej Europy (pod względem liczby uczestników), stoczona na polach pod Grunwaldem 15 lipca 1410 roku, w czasie trwania wielkiej wojny między siłami zakonu krzyżackiego, wspomaganego przez rycerstwo zachodnioeuropejskie (głównie z Czech, z wielu księstw śląskich, z Pomorza Zachodniego i z pozostałych państw Świętego Cesarstwa Rzymskiego) oraz Prusów pod dowództwem wielkiego mistrza Ulricha von Jungingena, a połączonymi siłami polskimi i litewskimi (złożonymi głównie z Polaków, Litwinów i Rusinów) oraz niewielkich wojsk tatarskich wspieranymi lennikami obu tych krajów (Hospodarstwo Mołdawskie, księstwo mazowieckie, księstwo płockie, księstwo bełskie, Podole i litewskie lenna na Rusi) oraz najemnikami z Czech, Moraw i z księstw Śląska oraz uciekinierami ze Złotej Ordy i chorągwiami prywatnymi (między innymi chorągiew z Nowogrodu Wielkiego księcia Lingwena Semena), pod dowództwem króla Polski Władysława II Jagiełły i wielkiego księcia litewskiego Witolda.

Bitwa ta zakończyła się zwycięstwem wojsk polsko-litewskich i pogromem sił krzyżackich, nie została jednak wykorzystana do całkowitego zniszczenia zakonu. Nie zdobyto Malborka – stolicy Zakonu – ponieważ wygasał rozejm Witolda z inflancką gałęzią Zakonu na północy (korzystny w czasie bitwy) i wojska litewskie rozpoczęły odwrót, niepewna była także sytuacja na południowych granicach Królestwa, zagrożonych atakiem przez ówczesnego sojusznika Zakonu, węgierskiego króla Zygmunta Luksemburczyka. Pomimo poddawania się wojskom królewskim przez pruskie miasta (Olsztynek, Morąg, Dzierzgoń, Główne Miasto Gdańsk, Stare Miasto Toruń, Chełmno, Elbląg) obrońca Malborka, komtur Świecia Henryk von Plauen, miał w dyspozycji jeszcze ponad 200 czynnych braci rycerzy oraz 362 komturie zakonne rozsiane po całej Europie, do których słał listy o pomoc. Marsz wojska dowodzonego przez Jagiełłę na Malbork był powolny. Do 22 lipca 1410 roku – kiedy to pod Malbork dotarły pierwsze oddziały armii polsko-litewskiej – zamek w Malborku był już gotowy do obrony, a jego oblężenie okazało się nieskuteczne. Okres ten kończy zwycięska bitwa rycerstwa polskiego pod Koronowem i I pokój toruński.

Przebieg bitwy

Bitwa rozpoczęła się około 9 rano. Naprzeciw wojsk wielkiego mistrza – „…a dzieliła ich nawzajem od siebie odległość jednej strzały” – stały ukryte w lasach armie sprzymierzonych. Długie wyczekiwanie w pełnym słońcu sprowokowało wielkiego mistrza do wysłania emisariuszy z prowokacyjnym podarunkiem: dwoma nagimi mieczami. Długosz tak opisuje ten fakt: „Wielki mistrz pruski Ulryk posyła tobie i twojemu bratu… dwa miecze, ku pomocy, byś z nim i z jego wojskiem mniej się ociągał i odważniej, niż to okazujesz, walczył, a także żebyś dalej się nie chował i, pozostając w lasach i gajach, nie odwlekał walki. Niedługo potem całe wojsko królewskie zaśpiewało donośnym głosem ojczystą pieśń Bogurodzicę, a potem wznosząc kopie rzuciło się do walki”. Aby w ferworze walki można było rozpoznać się na polu bitwy, ustalono hasła, które brzmiały: «Kraków, Wilno»”.

Bitwa (…) zaczęła się na trzy godziny przed południem, a zakończyła na niespełna godzinę przed zachodem słońca (9.00–19.00). Przewagę na placu boju miały praktycznie cały czas (oprócz fazy III, kiedy nieco zaskoczone siły polsko-litewskie dały się zepchnąć do defensywy) wojska dowodzone przez króla Polski.

Znaczenie bitwy

Wynik bitwy miał istotny wpływ na ówczesne stosunki polityczne, ponieważ wyniósł dynastię jagiellońską do rangi najważniejszych w Europie. Według niektórych badaczy (np. Stefan Maria Kuczyński, Paweł Jasienica), zwycięstwo odniesione głównie siłami polskimi spowodowało pewien kryzys w stosunkach polsko-litewskich i miało wpływ na postawę króla, który obawiając się dalszego wzrostu znaczenia Korony w Unii, miał opóźniać pościg za niedobitkami wojsk zakonu krzyżackiego i nie zdobył Malborka. Nowością było wykorzystanie przez wojska królewskie w przeprawie przez Wisłę średniowiecznego odpowiednika mostu pontonowego. Wielu zaproszonych przez zakon rycerzy miało odmówić udziału w bitwie, widząc dysproporcję sił i przeczuwając jego porażkę.

Wiadomo, że król Władysław Jagiełło polecił odnaleźć zwłoki wielkiego mistrza Ulricha von Jungingena i co ważniejszych braci zakonnych, aby odesłać je z honorami do Malborka. Trofeami wojennymi było przede wszystkim 51 chorągwi krzyżackich. Szczegółowy ich opis wraz z ilustracjami podał Jan Długosz w swoim dziele Banderia Prutenorum, spisanym w XV wieku. Część z nich została przyznana księciu Witoldowi, te zaś, które trafiły do wawelskiej katedry, zostały w 1797 wywiezione przez Austriaków do Wiednia i ślad po nich zaginął. W 1937, na podstawie opisów z dzieła Długosza, chorągwie zostały zrekonstruowane i umieszczone na Wawelu. Podczas okupacji niemieckiej hitlerowcy wywieźli je do zamku malborskiego. Kolejnym trofeum były słynne dwa nagie miecze ofiarowane Jagielle przez Krzyżaków (przechowywane były w wawelskim skarbcu, później trafiły do kolekcji Izabeli Czartoryskiej w Puławach, lecz w 1853 zostały wywiezione do Rosji i ślad po nich zaginął).

Powrót Jagiełły do stolicy nastąpił dopiero w szesnaście miesięcy po bitwie, gdyż król kontynuował działania wojenne oraz oczekiwał orzeczenia słuszności prowadzonej wojny z zakonem od papieża Jana XXIII (później uznanego za antypapieża). Pomyślny wyrok Rzymu zastał monarchę w Niepołomicach, gdzie natychmiast przystąpiono do przygotowania uroczystego wjazdu władcy do Krakowa. Miał on mieć charakter pielgrzymki. W dniu 25 listopada 1411 roku Jagiełło wyruszył pieszo z Niepołomic i szedł przez Wieliczkę i Kazimierz, otoczony wyższym duchowieństwem i rycerstwem. Przed procesją niesiono zdobyte pod Grunwaldem krzyżackie chorągwie. Na Kazimierzu wstępowano po drodze do tamtejszych kościołów. Następnie zatrzymano się na dłużej na Skałce, aby oddać hołd św. Stanisławowi – patronowi Polski. Później orszak królewski udał się na Wawel, gdzie podczas uroczystości kościelnych zawieszono zdobyczne chorągwie wokół grobu św. Stanisława na ścianach nawy głównej katedry wawelskiej. Ceremonia ta zakończyła krakowskie uroczystości ku czci zwycięstwa, które dały początek tradycji obchodów grunwaldzkich.

Przypominało to serię morderczo długich pojedynków rycerskich. Prof. Andrzej Nowak o bitwie pod Grunwaldem

Żeby jednak nie zrazić zwolenników poszukiwania jeszcze ostatniej bodaj nadziei na pokój z Zakonem, poselstwo skierowane do Malborka ze zjazdu łęczyckiego dopuszczało możliwość sądu polubownego, który rozstrzygnąłby spory z Zakonem. Warunkiem była zgoda Zakonu na rezygnację z ataku na Żmudź i zarazem wycofanie przez Witolda z tej spornej dzielnicy jego reprezentanta – Rumbolda. Na czele poselstwa stanął arcybiskup gnieźnieński, Mikołaj Kurowski, a towarzyszyli mu Maciej z Łabiszyna i Wincenty z Granowa. Ulryk von Jungingen przyjął tę „misję ostatniej szansy” 1 sierpnia 1409 r. Żadnym odwlekaniem sprawy nie był zainteresowany. Postawił sprawę twardo: czy Polska będzie przeszkadzać, kiedy Zakon uderzy całą siłą na Litwę, by ukarać ją za pomoc w buncie Żmudzinów? Arcybiskup Mikołaj Kurowski odpowiedział równie twardo: „Mistrzu, przestań nas straszyć wypowiadaniem wojny Litwie, ponieważ jeśli zdecydujesz się na nią, bądź pewien, że podczas gdy ty napadniesz na Litwę, nasz król najedzie Prusy. Wrogów Litwinów uważamy za naszych wrogów i jeżeli ich zaczepisz, skierujemy oręż przeciw tobie”. Na takie dictum wielki mistrz zareagował w sposób przecinający ostatnie wątpliwości: „Jestem ci wdzięczny, przewielebny ojcze, że nie ukryłeś zamiarów króla twego. Ja bowiem upewniony całkowicie twym wystąpieniem, skieruję atak raczej na głowę niż na członki, raczej na zasiedloną niż opuszczoną ziemię i raczej na miasta i wsie niż gaje, kierując na Polskę wojnę i oręż przeznaczony przeciw Litwie”. 6 sierpnia Zakon wypowiedział Polsce wojnę. W połowie sierpnia wojska krzyżackie uderzyły na ziemię dobrzyńską i Kujawy.

Jak jednak dotarli nasi rycerze pod Grunwald i skąd o tym wszystkim wiemy? Podstawowym i najbardziej pociągającym swoją urodą literacką źródłem pozostają Roczniki Długosza. O ile inne lata w tym monumentalnym dziele zaznaczone są zazwyczaj kilkoma notatkami, w 1410 r. Długosz zagęszcza swoją opowieść, schodząc do najdrobniejszych szczegółów, a od końca czerwca codziennych niemal relacji. Rok ten zajmuje w jego dziele wielokrotnie więcej miejsca niż którykolwiek inny. Skąd Długosz czerpał swoją wiedzę o wydarzeniach o pięć lat wyprzedzających jego narodziny? Oczywiście mógł opierać się na relacjach licznych świadków – uczestników wojny, od swego ojca, także Jana, poczynając, poprzez swego patrona, Zbigniewa Oleśnickiego, późniejszego kardynała, a pod Grunwaldem bohatera, który uratował życie króla, aż po wielu innych rycerzy i mężów stanu, którzy w tę walkę byli osobiście zaangażowani. Korzystał także Długosz z licznych dokumentów, z których część tylko dochowała się do naszych czasów. Wśród nich druga, najważniejsza obok Długoszowej relacja, Cronica conflictus Wladislai Regis Poloniae cum Cruciferis Anno Christi 1410. Spisana bezpośrednio po bitwie grunwaldzkiej, prawdopodobnie przez podkanclerzego Mikołaja Trąbę, uczestnika najściślejszych narad wojennych i dyplomatycznych oraz naocznego świadka bitwy, odnaleziona została dopiero w połowie XIX w., umożliwiając odtąd konfrontację opowieści kanonika krakowskiego z innym, także szczegółowym opisem. Bliższa, właściwie najbliższa przedstawianych wydarzeń, może Cronica conflictus w tym sensie uchodzić za szczególnie wiarygodną, ale zarazem miała przecież bezpośredni cel propagandowy: przedstawić własne, wielkie zwycięstwo strony polsko-litewskiej. Różnice między tymi dwoma źródłami nie są wielkie, poza jednym istotnym niuansem, dotyczącym roli, jaką w bitwie odegrały oddziały litewsko-ruskie Witolda. Trzecim źródłem jest kontynuacja krzyżackiej kroniki Jana Posilge. Są również dostępne inne dokumenty z czasu wojny, jak np. listy Jagiełły wysyłane zaraz po zwycięstwie: do królowej, do arcybiskupa gnieźnieńskiego, do biskupa poznańskiego oraz do Rady Starego Miasta Torunia (nie dochowało się do naszych czasów kilka innych listów, wspomnianych przez Długosza, a więc do panów strzegących zamku krakowskiego, do rady i krakowskiej i do profesorów Uniwersytetu). Są listy dostojników krzyżackich, jest również wiele dalszych ech grunwaldzkiej bitwy z całej niemal Europy, w tym ważna dla litewsko-ruskiego punktu widzenia XVI-wieczna tzw. Kronika Bychowca. Badania archeologiczne, kilkakrotnie prowadzone w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat na polu wielkiego starcia, pozwoliły uściślić jego topografię, a także szczegóły prawdopodobnego rozmieszczenia wojsk i dróg dojścia do bitwy. Niezależnie od dokonywanych wciąż uściśleń i nowych interpretacji, wszystkie badania potwierdzają scenariusz najważniejszych wydarzeń letnich miesięcy 1410 r., jaki przedstawił Długosz.

Odtwórzmy go zatem – na podstawie aktualnego stanu badań. Wiosną trwała jeszcze misja wysłanników króla Zygmunta, palatyna Węgier Mikołaja Garaia oraz wojewody siedmiogrodzkiego, pochodzącego z Polski, Ścibora ze Ściborzyc, a także Krzysztofa von Gersdorfa. Poselstwo to miało dążyć do zawarcia pokoju lub bodaj przedłużenia rozejmu. Polski władca przepuścił je chętnie do Prus. Warunki zgody, jakie konsekwentnie powtarzał, były nader skromne: pozostawienie przy Wielkim Księstwie Litewskim opanowanej już i tak przez tamtejszych powstańców Żmudzi oraz zwrot Polsce niesłusznie zajętej przez Krzyżaków ziemi dobrzyńskiej. Jagiełło i jego polscy doradcy nie liczyli już na przyjęcie tych warunków przez wielkiego mistrza, tylko kończyli przygotowania do wymarszu na zaplanowaną przed pół rokiem w Brześciu (wspólnie z Witoldem) operację. Jeden z największych znawców historycznego starcia z Zakonem, Stefan Maria Kuczyński nazwał jej przygotowanie i przeprowadzenie „arcydziełem sztuki wojennej”. I miał rację.

Na wypadek ataku Zygmunta, król Władysław pozostawił dla ochrony południowej granicy rycerstwo powiatów sądeckiego i szczyrzyckiego oraz ziemi bieckiej. 8 maja opuścił Kraków, pozostawiając zamek wawelski pod opieką arcybiskupa gnieźnieńskiego, Mikołaja Kurowskiego. Z królową Anną pożegnał się w Nowym Mieście Korczynie. Była tam z nimi matka królowej, a córka Kazimierza Wielkiego, także Anna. Tak się złożyło, że Jagiełło ruszał na wielką wyprawę przeciw Krzyżakom żegnany przez swoją teściową – córkę władcy, który 67 lat wcześniej zawarł wieczysty z nimi pokój, wyrzekając się w nim Pomorza Gdańskiego, a 79 lat wcześniej bił się z nimi pod Płowcami. 30 kwietnia 1410 r. minęła akurat setna rocznica urodzin Kazimierza Wielkiego. Chyba jednak nikt jej jednak wtedy nie obchodził.

Zasłużony szwedzki badacz bitwy, Sven Ekdahl, wysunął pogląd, że Ulryk planował atak na Królestwo 1 czerwca, a więc przed upływem rozejmu. Plany te pokrzyżował wielkiemu mistrzowi Zygmunt Luksemburski, który zaproponował na 17 czerwca pertraktacje i swoje w nich pośrednictwo. Król Władysław ruszył tymczasem dalej na północ, by zatrzymać się na długich modlitwach w intencji podjętej wyprawy w swoim ulubionym sanktuarium: klasztorze benedyktynów pod wezwaniem Świętego Krzyża na Łysej Górze. Wszystko to odbywało się zgodnie z harmonogramem dostosowanym do możliwości dokończenia mobilizacji rycerstwa małopolskiego, wielkopolskiego i zaplanowanego spotkania z armią Witolda. Punkt zborny polskiego rycerstwa znów został wyznaczony w Wolborzu, gdzie król dotarł 24 czerwca, a więc na dzień wygaśnięcia rozejmu. Rozejm został przez węgierską misję mediacyjną przedłużony o 10 dni. Most pontonowy (zbudowany na łodziach) – także arcydzieło, tyle, że późnośredniowiecznej sztuki inżynierskiej – został tymczasem spławiony z Kozienic do Czerwińska, czyli do najdogodniejszego logistycznie miejsca przeprawy połączonego już rycerstwa polskiego i mazowieckiego przez wielką rzekę z południa na północ, na drogę ku Prusom.

30 czerwca „całe wojsko szło w ustalonym porządku z czterokonnymi wozami, mnóstwem armat, masą żywności i innych bagaży”. Po drugiej stronie czekała już armia litewska (litewsko-rusko-tatarska) z Witoldem na czele. Połączona armia mogła odpocząć i umocnić się duchowo podczas obchodów święta Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny w Czerwińsku. Tam, 2 lipca, biskup płocki Jakub wygłosił do zgromadzonego wojska kazanie po polsku – o wojnie sprawiedliwej i niesprawiedliwej. „Dziwnym darem przekonywania zapalił serca wszystkich słuchających rycerzy do obrony Królestwa i ojczyzny i do podjęcia mężnej walki z wrogiem”.

Następnego dnia rozpoczął się ostatni etap marszu – ku pruskiej granicy. Po drodze dotarli do króla Władysława wysłannicy poselstwa węgierskiego po rozmowach z wielkim mistrzem. Polski monarcha raz jeszcze przedstawił im propozycję zgody, jeśli Zakon ustąpi Żmudź i ziemię dobrzyńską. Król zaprezentował również całą potęgę zgromadzonej armii – by dodać do swych słów argument siły, która może być użyta przeciw Krzyżakom. Zatrzymał posłów dwa dni (5-6 lipca), by ci zbyt szybko nie poinformowali wielkiego mistrza o kierunku marszu polsko-litewskiej armii. Zmyleniu Ulryka służyła także równoczesna akcja przeprowadzona przez starostę bydgoskiego, Janusza Brzozogłowego. Ten, natychmiast po wygaśnięciu zawieszenia broni, zaatakował Świecie na granicy z Pomorzem Gdańskim. Zaniepokojony możliwością generalnego natarcia polskiego w tym kierunku, wielki mistrz zostawił tu dla obrony komtura Świecia Henryka von Plauen, wraz z rycerstwem całego okręgu i częścią zwerbowanych do rozprawy z Jagiełłą sił zaciężnych.

9 lipca wielka armia Jagiełły i Witolda przekroczyła granicę Prus, zmierzając w kierunku Malborka. Wojska krzyżackie zablokowały przeprawę przez Drwęcę pod Kurzętnikiem. Król powołał wtedy ścisłą radę wojenną, oprócz Witolda wchodziło do niej siedmiu polskich dostojników: kasztelan krakowski Krystyn z Ostrowa, wojewoda krakowski Jan z Tarnowa, poznański – Sędziwój z Ostroroga, sandomierski – Mikołaj z Michałowa, podkanclerzy Mikołaj Trąba, marszałek Królestwa Zbigniew z Brzezia oraz podkomorzy krakowski Piotr Szafraniec. Podjęto na jej pierwszym zebraniu decyzję o zmianie trasy dalszego marszu w kierunku wschodnim, na Działdowo, by nie przyjmować generalnej bitwy z wielkim mistrzem w niedogodnym miejscu. 12 lipca do obozu królewskiego dotarł przedstawiciel węgierskich mediatorów, informując, że wielki mistrz odrzucił polskie warunki pokoju. Jednocześnie przekazał królowi groźną wiadomość, iż Zygmunt Luksemburski wypowiedział Polsce wojnę (dokumentem datowanym w Budzie 21 czerwca). Polski władca wykazał spokój, zatrzymując tę wieść tylko dla siebie i ośmioosobowej rady wojennej. Nie chciał budzić obaw wśród małopolskiego rycerstwa o losy ich włości wystawionych ewentualnie na węgierską ofensywę. Nie wiemy: czy Jagiełło grał va banque, ryzykując niemal wszystko, gdyby armia węgierska rzeczywiście przeszła całą siłą przez karpackie przełęcze i wkroczyła do Małopolski, czy też zakładał raczej – wiedząc o absorbujących króla Zygmunta rozgrywkach o opanowanie tronu w Rzeszy – że wypowiedzenie wojny przez niego jest raczej tylko propagandowym ruchem, obliczonym na wyłudzenie za to zapłaty od Krzyżaków, jak już nie raz to Luksemburczyk robił? A może po prostu, z chrześcijańską pokorą, którą od momentu chrztu wielokrotnie wykazywał, zawierzył tę trudną sytuację Bogu? W każdym razie armia polsko-litewska szła dalej, nieco okrężną drogą, na Malbork, licząc na spotkanie z armią Ulryka von Jungingen w najlepszym dla siebie miejscu i czasie.

Zdezorientowany zmianą trasy wojsk Jagiełły i Witolda, wielki mistrz ruszył ze swoim rycerstwem w poszukiwaniu przeciwnika. Spotkanie nastąpiło 15 lipca, kiedy po ósmej rano, po trwającym od świtu ponad 20-kilometrowym marszu, armia Ulryka znalazła się w bezpośredniej styczności z odpoczywającym, po krótszym, około 15-kilometrowym marszu, wojskiem Jagiełły i Witolda. Za tekstem Długosza znaczna część historiografii przyjmowała dotąd, iż rycerstwo polskie i litewskie stanęło na skraju jeziora Lubień. Wojsko wielkiego mistrza natomiast zatrzymało się około dwa kilometry na północ, między wsiami Stębark (Tannenberg) i Grunwald. Szwedzki historyk, Sven Ekdahl, inaczej przedstawił szczegółową drogę obu armii na plac bitwy i ich ustawienie. Nie zmienia to jednak zasadniczego obrazu bitwy. Obie strony były w momencie spotkania zaskoczone. Wojsko krzyżackie było bardziej zmęczone. Jagiełło grał na zwłokę. Czekał, aż ustawione od północnej strony hufce krzyżackie zacznie oślepiać lipcowe słońce. Odprawił nie jedną, jak zwykle, ale dwie Msze święte, podczas gdy jego olbrzymia armia formowała zaplanowany szyk do walki. Król wydał hasło bojowe: „Kraków” i „Wilno”. Wtedy, jak pisze zarówno Cronica conflictus, jak i Długosz, podjechali do króla dwaj heroldowie: jeden Zygmunta Luksemburskiego, drugi Kazimierza, księcia szczecińskiego, by w imieniu wielkiego mistrza oraz marszałka Zakonu przekazać jeden miecz Jagielle, a drugi Witoldowi jako zachętę do rozpoczęcia walki, a zarazem pełną pogardy sugestię, że polski władca tchórzy i unika starcia. Długosz włożył w usta króla długą i piękną odpowiedź. Może zbyt piękną. Powtórzmy więc raczej to, co zapisał bezpośredni świadek, autor Kroniki konfliktu: „Król zasię i Witold przyjęli rzeczone miecze z wielką łagodnością ducha i tak odpowiedzieli mistrzowi i marszałkowi przez [owych] posłów: 'Przyjmujemy pomoc Bożą jako najważniejszą, a wraz z nią te miecze jako naszą podporę i chcemy z mistrzem stoczyć bój. Nie kryjemy się też po lasach, ponieważ przybyliśmy tu w zamiarze zmierzenia się w wami, albowiem nie możemy od was otrzymać sprawiedliwości. A miejsce bitwy zdajemy na wolę i łaskę Bożą'".

Dodajmy od razu, że miecze grunwaldzkie, te właśnie, które dumnie wznosi postać Jagiełły na nowojorskim pomniku, król zatrzymał jako znak zwycięstwa. Po bitwie trafiły one do skarbca koronnego na Wawelu. Do naszych czasów niestety nie dotrwały. Nie zostały nawet zniszczone przez Prusaków, którzy w 1795 roku zrabowali insygnia koronne z Wawelu, ale nie rozpoznali w nieozdobnych, starych mieczach ich wyjątkowej, symbolicznej wartości. Odkupione po rozbiorach przez Tadeusza Czackiego od władz austriackich, trafiły do muzeum Izabeli Czartoryskiej w Puławach. Po upadku powstania listopadowego i częściowym zniszczeniu kolekcji puławskiej przez Rosjan, jej resztki – w tym właśnie grunwaldzkie miecze – zostały ocalone przez proboszcza pobliskiej parafii w Łostowicach. Jak ustalił historyk zbiorów puławskich, Zdzisław Żygulski jun., po śmierci tegoż proboszcza w 1853 r. władze carskie opieczętowały jego zbiór, a miecze (podobnie jak dwie krócice po księciu Józefie Poniatowskim) – jako niebezpieczną i zakazaną broń – skonfiskowała żandarmeria i złożyła w twierdzy w Zamościu. Od tego momentu ślad po nich przepadł… Czy ktoś je jeszcze odnajdzie?

Wróćmy jednak do poranka 15 lipca 1410 r., na pole między Stębarkiem i Grunwaldem. Z ust polskiego rycerstwa rozbrzmiała Bogurodzica i zaczęła się walka. Jak podaje Kronika konfliktu, „na krótką chwilę przed samym rozpoczęciem bitwy spadł lekki i ciepły deszcz, który zmył kurz z końskich kopyt. A na samym początku tego deszczu, działa wrogów, bo wróg miał liczne działa, dwukrotnie dały salwę kamiennymi pociskami, ale nie mogły naszym sprawić tym ostrzałem żadnej szkody; i wnet [wrogowie] przy pierwszym starciu z ludźmi króla zostali odrzuceni od tychże dział na bez mała staje. Rozgorzał wówczas bardzo srogi bój”. Jak on przebiegał? O to spierają się zażarcie rozmaite szkoły „grunwaldologów”. Najpierw o to, ilu było kombatantów. Tu wystarczy nam powtórzenie przywoływanych już wyżej szacunków, których rozpiętość waha się od około 12-15 tys. (Sven Ekdahl i Andrzej Nadolski) do około 30 tys., w tym dwie trzecie konnych (Stefan M. Kuczyński) po stronie wielkiego mistrza, zaś po stronie Jagiełły i Witolda od 20-25 tys. (Ekdahl) do 30 tys. (Nadolski) lub nawet 40 tys. (Kuczyński). Ta kwestia nie budzi jeszcze największych kontrowersji. Proporce między walczącymi stronami są bowiem podobne, a tak czy inaczej idzie o wielką, jedną z największych bitew późnego średniowiecza. Wyobraźmy sobie jeszcze do tego w boju dziesiątki tysięcy koni bojowych…

Kto jednak dowodził tymi wielkimi siłami? Po stronie krzyżackiej nie ma wątpliwości: wielki mistrz Ulryk. Po stronie polsko-litewskiej natomiast relacja Długosza, choć często krytyczna wobec Litwinów, wyraźnie eksponuje rolę wielkiego księcia Witolda: „przez cały czas bitwy kręcił się między chorągwiami i oddziałami polskimi, podsuwając w miejsce zmęczonych i utrudzonych nowe i świeże wojsko i bacząc bardzo starannie, jaki jest los jednej i drugiej strony”. Za owym opisem poszedł ten, który najmocniej chyba w ostatnich 140 latach utrwalił w zbiorowej wyobraźni obraz Grunwaldu: Jan Matejko w swej malarskiej wizji bitwy, w której samym centrum jest właśnie wielki książę, zaś król Władysław majaczy ledwie gdzieś na wzgórku, na horyzoncie. Długosz, krytyczny także wobec króla, nie odbiera mu jednak przecież zasług dowódczych i wspomina o jego „głośnych nawoływaniach, którymi w czasie bitwy nakłaniał popędzał rycerzy do walki” – aż do ochrypnięcia. Wydaje się, że Jagiełło, wzorem wschodniej (mongolskiej) sztuki wojennej, dowodził całością wojsk z miejsca dogodnego, ale odsuniętego od chaosu bezpośredniego zwarcia. W tym momencie król i wielki książę raczej się znakomicie uzupełniali w podziale swych funkcji, niż rywalizowali między sobą. 

Choć historycy spierają się, kto z nich był ważniejszy, zazwyczaj zgodnie z podziałem narodowościowym: Polacy podkreślali często,że to król był głównym autorem  i organizatorem zwycięstwa, litewscy historycy (wspierani m.in. przez Svena Ekdahla) uwypuklali raczej dominującą rolę Vytautasa. Najnowsze studium znakomitego mediewisty litewskiego, Alfredasa Bumblauskasa, dobrze chyba ujmuje istotę podziału zasług dwóch wodzów: zwierzchną komendę niewątpliwie sprawował król, ale nie mniej ważna była inicjatywa militarna wielkiego księcia.

Główny spór „grunwaldzki” toczy się o kluczowy moment bitwy, to jest o opisaną przez Długosza ucieczkę wojsk Witoldowych po pierwszym starciu: „Litwini podawszy tyły uciekają na Litwę”… Jako słabiej uzbrojeni, nie wytrzymali naporu krzyżackiej ciężkiej jazdy, mimo rozpaczliwych wysiłków Witolda, który próbował ich powstrzymać. Nasz dziejopis przeciwstawił Litwinom wyjątkowe bohaterstwo rycerzy trzech pułków smoleńskich (pod komendą Jagiełłowego brata, Semena Lingwena), którzy „walcząc nader zawzięcie, zasłużyli na wielką chwałę jako jedyni, którzy nie wzięli udziału w ucieczce”. Kronika konfliktu także wspomina u odwrocie Litwinów, ale nie przedstawia go jako panicznej ucieczki tylko raczej jako sprytny manewr, który od głównych sił wielkiego mistrza oderwał dużą część wojsk krzyżackich w bezładnym pościgu za jazdą Witolda i doprowadził następnie do okrążenia tej grupy i wytępienia przez „ludzi królewskich”, czyli polskie rycerstwo. W 1963 roku wspominany już szwedzki historyk, Sven Ekdahl opublikował odnaleziony przez siebie interesujący dokument, który wspiera taką właśnie interpretację przebiegu początkowej fazy bitwy. Jest to list do wielkiego mistrza, napisany najwyżej kilka lat po bitwie przez jakiegoś nieznanego z imienia, ale znacznego swym statusem nadawcę, zaczyna bowiem swój list od formuły „Liber her meister” – Drogi mistrzu, na pewno więc mu nie podlegał. Ów list zawiera ostrzeżenie, by w ewentualnym nowym starciu z „przeciwnikami” (czyli z rycerstwem Jagiełły) nie powtórzyć fatalnego błędu, jaki miał miejsce pod Grunwaldem: „Może się zdarzyć, że twoi wrogowie z rozmysłem pozwolą jednej lub dwóm chorągwiom cofnąć się lub uciekać: będzie to zrobione z premedytacją, w nadziei, że w ten sposób załamie się twoja formacja bojowa, ponieważ ludzie zwykle lubią podejmować pościg, tak jak to miało miejsce w Wielkiej Bitwie. Upewnij się więc, a jeśli coś takiego miałoby się zdarzyć, tak surowo jak tylko możesz obstawaj przy tym, aby twoi ludzie pozostali w swoich szeregach, bo jeśli grupa żołnierzy lub szereg za bardzo uwierzy w zwycięstwo, to niełatwo będzie ściągnąć ludzi z powrotem, bo każdy pragnie podjąć pościg i myśli, że zwycięstwo jest już uzyskane, a nie wiedzą, że może ono być prawie stracone”. Podobnie rzecz ujęły spisane na podstawie relacji strony krzyżackiej nieco późniejsze kroniki francuskie – mnicha z Saint Denis oraz Enguerranda de Monstreleta – podkreślające, że rycerstwo zachodnie padło ofiarą podstępu wroga.

Możemy więc chyba, w ślad z Ekdahlem, przyjąć, że ucieczka Litwinów była zaplanowanym wcześniej przez polsko-litewskie dowództwo manewrem taktycznym (tak też właśnie przedstawia to XVI-wieczna, litewsko-ruska Kronika Bychowca). Błyskotliwy francuski mediewista, autor najnowszej monografii Grunwaldu, Sylvain Gouguenheim, zauważa jednak, że uwypuklenie przez krzyżackie źródła i relacje podstępu przeciwnika mogło być także ważnym elementem propagandy, nadawanej z Malborka po klęsce, która miała usprawiedliwić katastrofalny dla Zakonu rezultat bitwy „wschodnią”, nierycerską chytrością.

Nie musimy się już chyba o to spierać. Wojska Witolda, w sensie etnicznym litewskie, ruskie i (najmniejsza część) tatarskie, odegrały na pewno bardzo ważną rolę w bitwie. Ściągnęły w pierwszej jej fazie główny impet natarcia strony krzyżackiej i poniosły także w związku z tym największe straty. Pozwoliło to na przechylenie losów walki przez mniej „zużyte” wojska koronne. Zwięźle opisuje to autor Kroniki konfliktu: rycerze armii zakonnej „zwarli się wzajemnie z wielką chorągwią kasztelana krakowskiego, [z chorągwiami] wojewody sandomierskiego, ziemi wieluńskiej, ziemi halickiej i wieloma innymi chorągwiami. W tym zwarciu toczył się najsroższy bój i z tej przyczyny wielu wówczas poległo. Trwała bitwa przez sześć godzin i wówczas dopiero Krzyżacy zwrócili się do odwrotu. Tym razem uszli aż do [swoich] obozów. Owe zaś hufce mistrza z miejsca na którym stały ruszając przeciw królowi, natknęły się na [naszą] wielką chorągiew i wzajem mężnie zderzyły się [z nią] włóczniami. I w pierwszym starciu mistrz, marszałek, komturowie całego Zakonu Krzyżackiego zostali zabici”. Szeroko opisane przez Długosza uderzenie rezerwy 16 doborowych chorągwi krzyżackich pod wodzą Ulryka von Jungingen ugodzić miało flankę ugrupowania bojowego rycerstwa polskiego, a przez chwilę zagroziło bezpośrednio pagórkowi, z którego w niewielkiej asyście nadzorował pole bitwy król Władysław. Wtedy też nastąpił znany incydent szarży jednego z „gości” Zakonu, pochodzącego z Łużyc Dypolda von Köckritz na króla. Jagiełło uderzył szarżującego rycerza kopią w czoło. Ułomkiem włóczni ugodził wtedy Dypolda z boku, w nierycerski sposób, pisarz królewski, młody Zbigniew Oleśnicki, asystujący Władysławowi Jagielle. To był początek wielkiej kariery późniejszego kardynała.

W owym momencie bitwy nikt jednak o szkarłacie kapelusza kardynalskiego nie myślał. Chwila bieżąca była wystarczająco gorąca i dość szkarłatnej krwi w niej się przelewało. Przełomowym, a w każdym razie najbardziej symbolicznym w niej wydarzeniem była śmierć Ulryka von Jungingen. W wizji Matejki utrwalony został ten moment w nader sugestywny sposób: dobiera się do wielkiego mistrza dwóch pieszych wojowników. Włócznią świętego Maurycego (z wyglądu taką przynajmniej, jak podarowana przez Ottona III Bolesławowi Chrobremu w roku 1000) godzi w niego dość dziko wyglądający śmiałek. Zachwycony tą wizją obecny nadzorca kompleksu wojenno-przemysłowego Rosji, wicepremier Dmitrij Rogozin, uznał, że to jego pochodzący ze Smoleńszczyzny przodek Stepan Mitkiewicz zabił pod Grunwaldem symbol zachodniej agresji skierowanej przeciw Słowiańszczyźnie. Można i tak zmyślać. Nieco bardziej prawdopodobny trop podsuwa Długosz, który informuje, że wieść o śmierci wielkiego mistrza przyniósł królowi rycerz Mszczuj ze Skrzynna (dziś Skrzyńska niedaleko Radomia), wraz z dowodem w postaci pełnego świętych relikwii złotego pektorału, czyli relikwiarza noszonego na piersiach przez Ulryka. Z zabitego w walce wodza krzyżackiej armii miał zedrzeć ów symbol jego wiary i godności sługa Mszczuja, niejaki Jurga. Jak podpowiadają specjaliści, w ówczesnym zwyczaju bitewnym było zajęcie łupów po zabitym przeciwniku przez rycerza, który osobiście go pokonał. Ściąganiem łupu z trupa rycerz się jednak nie powinien zajmować – od tego miał sługi. Wnosić więc można, że sytuacja przedstawiona przez Długosza jest bardzo prawdopodobna, tym więcej, że znamy późniejsze liczne zasługi rycerskie owego Mszczuja, który będzie dzielnie stawał i w wielkich turniejach rycerskich (m.in. na dworze Zygmunta w Budzie) i wyprawach wojennych Witolda aż na Nowogród Wielki. Nieszczęsny wielki mistrz nie byłby chyba w stanie wymówić imienia swego pogromcy, ale my powtórzmy: Mszczuj ze Skrzyńska.

Cała bitwa, choć wchodziły do niej chorągwie, uszykowane w klin (z kopijnikami na szpicy, a we wnętrzu ze lżej uzbrojonymi jezdnymi z bronią sieczną), przypominała ostatecznie serię pojedynków rycerskich. Trwały one długo, morderczo długo. Część historyków uznaje poranek, może około godziny dziewiątej, za początek starcia. Inni, jak cytowany już Sylvain Gouguenheim, uważają, że bój rozgorzał dopiero koło południa. Wielki mistrz rzucił swe ostatnie chorągwie do walki około godziny czwartej po południu. Rzeź, jaka wywiązała się po rozbiciu tej ostatniej nadziei armii zakonnej i przeniosła się do zdobytego przez królewskie wojska taboru przeciwnika, trwać mogła do wieczora, do siódmej czy nawet ósmej. To był cały, przypomnijmy, lipcowy, upalny dzień. Walczyli w nim ludzie i konie w pancerzach, dźwigający w rękach ciężkie kopie, miecze, sulice (odmiana włóczni), topory, broniący się przy pomocy równie ciężkich tarcz. Straszny musiał być hałas, kurz, mimo porannego deszczu, i straszny wysiłek fizyczny. Bardziej zmęczeni wcześniejszą drogą, oczekiwaniem na rozpoczęcie boju z lipcowym słońcem prażącym w twarz, pogonią za uchodzącymi w pierwszej fazie starcia Litwinami, rycerze strony zakonnej nie wytrzymali tego wysiłku. Bardziej wypoczęte, a na pewno nie mniej zmobilizowane duchowo, rycerstwo polskie, przeważyło.

Kronikarz krzyżacki (kontynuator Jana z Posilge), szukając dodatkowego wytłumaczenia klęski, wskazał jeszcze na rzekomą zdradę rycerstwa ziemi chełmińskiej, należącego oczywiście do poddanych Zakonu. Chorągiew tej ziemi miała poddać się przedwcześnie na znak chorążego, Mikołaja z Ryńska. Był to jeden z założycieli powstałej w 1397 r. na tej ziemi organizacji stanowej – Związku Jaszczurczego. W polskiej popularnej historiografii zrodziła się w związku z tym legenda o owym towarzystwie jako polskiej organizacji spiskowej, której celem było zrzucenie krzyżackiego jarzma. W istocie Towarzystwo było do 1410 r. organizacją jak najbardziej jawnie i legalnie działającą w państwie zakonnym, a miało tylko dobrze reprezentować interesy ziemi wobec władz zakonnych. Po klęsce grunwaldzkiej władze te znalazły jednak w osobie Mikołaja z Ryńska znakomitego kozła ofiarnego – i doprowadziły do jego ścięcia jako zdrajcy w maju 1411 r., wytępiwszy skutecznie nawet jego dzieci. Po tym fakcie dopiero Związek Jaszczurczy istotnie został zapędzony, rzec można, do antykrzyżackiego podziemia. Na pewno jednak nie zdrada jednej chorągwi była przyczyną ostatecznego rezultatu wielkiej bitwy. Decydująca była nie tylko liczebna przewaga wojska Jagiełły i Witolda, ale – powtórzmy – także wykazana przez nich, jak byśmy to nazwali, sztuka operacyjna: sposób wprowadzenia poszczególnych sił do walki, przemyślna zwłoka w rozpoczęciu bitwy, a potem perfekcyjnie wykorzystany manewr litewskiego odwrotu.

Skutki były piorunujące. Długosz pisze z wielką fantazją, że w walce polec mogło nawet 50 tys. ludzi, a 40 tys. pójść do niewoli, po stronie polskiej zaś zginęło tylko „dwunastu znaczniejszych rycerzy”. W latach 1411-1412 władze zakonne, prosząc papieża o odpust dla zbudowanej w miejscu śmierci wielkiego mistrza kaplicy, informowały o pochowanych tam 18 tysiącach „chrześcijan” (tak, w odróżnieniu od wojsk przeciwnika, określały własne) – i takie też dane powtórzył w swym opracowaniu Grunwaldu Stefan M. Kuczyński. Węgierskie źródła, najbliższe samej bitwie, bo z sierpnia 1410 r., szacują wielkość strat po obu stronach na 8 tys. poległych. I to raczej ta skala ofiar jest dziś najczęściej przyjmowana przez historyków, naturalnie zdecydowaną większość z owych strat przypisujących stronie rozgromionej w bitwie. Dodajmy jednak, że np. angielski historyk, Stephen Turnbull, w swej zwięzłej monografii bitwy uznaje w całości owe 8 tysięcy jako straty krzyżackie, stronie polsko-litewskiej przypisując około 4 tysiące poległych. Zakonne komturstwo Maastricht podało dokładną liczbę poległych pod Grunwaldem braci: miało ich być dokładnie 203. Zginęło więc 2/5 wszystkich zdolnych do walki członków tej rycerskiej elity pruskiego państwa zakonnego. I tę proporcję musimy zachować w pamięci, gdy chcemy ocenić dalszy przebieg wydarzeń. Piorun grunwaldzkiej klęski uderzył z niszczącą energią w państwo zakonne, wstrząsnął je w posadach, ale go nie zwalił.

Długosz zarzucił królowi Władysławowi i jego doradcom, że nie umieli skorzystać z odniesionego zwycięstwa i że „Polacy woleli raczej zajmować się zbieraniem łupów niż zdobywaniem zamków”. Tak miała, według naszego kronikarza, przepaść okazja do zadania ostatecznego ciosu Zakonowi i zdobycia zaraz po Grunwaldzie samej krzyżackiej stolicy: Malborka. Bardzo wielu publicystów (wśród nich Paweł Jasienica) i wielu historyków poszło za tą sugestią. Tak utrwalił się mit o zmarnowanym triumfie. O tym, że Polacy potrafią wygrywać w polu, ale korzyści politycznych stąd już wyciągnąć nie umieją, pogrążając się natychmiast po zwycięstwie w przedwczesnym triumfalizmie i zwyczajnym wygodnictwie. Historia jest jednak bardziej skomplikowana.

Zwycięska armia wzięła do niewoli masę jeńców. Były wśród nich tak znaczne osobistości, jak walczący po stronie Zakonu młody Piast – książę Konrad oleśnicki (siódmy tego imienia, praprawnuk Henryka III głogowskiego, wiek wcześniej rywala Łokietka w walce o zjednoczenie Polski), książę szczeciński Kazimierz czy dowódca najemnych oddziałów Krzysztof von Gersdorff, wielu innych rycerskich „gości” z zachodniej Europy, kilkudziesięciu dostojników i braci zakonnych, setki rycerzy i żołnierzy najemnych. Trzeba było coś z nimi zrobić. Sześciu królewskich pisarzy zajęło się energicznie ich spisywaniem i większość z jeńców, po złożeniu przysięgi, że stawią się w Krakowie 29 września dla złożenia okupu, zostało zwolnionych. W 1411 r. źródła krzyżackie informowały o 600 jeńcach przebywających jeszcze u Jagiełły i 300 u Witolda. To była, także po zakończeniu, rycerska bitwa, rzezi tych, co oddali się w niewolę nie było (Witold tylko nie oszczędził wydanego mu przez Jagiełłę komtura Marquarda von Salzbach, który niegdyś osobiście obraził księcia). To już spowalniało możliwości natychmiastowego wymarszu na Malbork po skończonej walce pod Grunwaldem. Król, owszem, po trzech dziękczynnych Mszach za tak wielką wiktorię, wyprawił ucztę dla zwycięzców i pokonanych, co znaczniejszych, jeńców. Ale nie został wcale, jak nakazywał zwyczaj, trzy dni na polu bitwy, tylko już 17 lipca ruszył swoje oddziały w kierunku Malborka. Odległości 110-120 km, między Grunwaldem a krzyżacką stolicą, nie dało się pokonać w dwa dni. Tak prędko mógłby się przemieścić najwyżej mały rozpoznawczy oddział lekkiej jazdy, a nie cała armia, ani nawet jej konny, rycerski trzon, a tym mniej tabory z armatami koniecznymi do oblężenia i z zaopatrzeniem. Tymczasem po drodze poddawały się wojskom królewskim kolejne pruskie miasta: Olsztynek (Hohenstein), Morąg (Mohrungen), Dzierzgoń (Christburg) – to także nie mogło przyspieszać nawet forsownego marszu.

za:bialykruk.pl

Copyright © 2017. All Rights Reserved.