Polecane
Łukasz Warzecha-To będzie tsunami
Po podobno wyczerpujących negocjacjach w Radzie Unii Europejskiej, prowadzonych pod kierownictwem duńskiej prezydencji, przedstawiciele rządu ogłosili „wielki sukces”: wejście w życie systemu ETS 2 zostanie odłożone o rok, do 2028 r.! Sukcesu, nawet udawanego, nie ma natomiast w kwestii celu redukcji emisji na 2040 r.: ma wynieść 90 proc. w relacji do 1990 r.
Oczywiście w tej pierwszej sprawie również nie ma żadnego sukcesu. Przełożenie wprowadzenia ETS 2 o rok oznacza tylko tyle, że obecna koalicja rządząca nie oberwie skutkami jego wejścia w życie podczas wyborów jesienią w 2027 r. (a w tym samym roku wybory są jeszcze m.in. w Grecji, Słowacji i Włoszech). Za to przed problemem staną następcy Donalda Tuska.
„Rewizja”, jaką ma przeprowadzić Komisja Europejska do tego czasu, a którą chwali się rząd, nie oznacza absolutnie nic, bo KE, zafiksowana na swoich klimatycznych iluzjach, w ramach owej „rewizji” nie musi podjąć żadnych decyzji, zmieniających istotę systemu. I najpewniej tak się to skończy, ponieważ takie właśnie sygnały płyną z KE od dawna. Podczas spotkań z urzędnikami KE miałem wielokrotnie okazję pytać o ETS 2 i odpowiedź zawsze była jedna: może jakieś drobne korekty są możliwe, ale na pewno nie znacząca zmiana, a cóż dopiero rezygnacja z systemu.
Choć hasło „ETS 2” pojawia się już w świadomości ludzi, to chyba nadal zbyt mało osób rozumie, o czym właściwie mówimy. Ta poszerzona wersja systemu ETS (Emissions Trading System – System Handlu Emisjami) przyćmiewa wszelkie dotychczas odczuwane przez nas koszty polityki klimatycznej, i to o kilka poziomów. Na razie mamy ETS, obejmujący emisje przemysłu i elektrowni oraz elektrociepłowni. Za niego już płacimy w rachunkach za prąd. ETS 2 poszerza podatek klimatyczny – tym bowiem w istocie jest – o ogrzewanie oraz transport. To oznacza, że znacząco podrożeje utrzymanie każdego budynku ogrzewanego paliwami kopalnymi, w tym gazem, oraz każdy rodzaj paliwa samochodowego. A to oczywiście oznacza potężny impuls inflacyjny, bo przecież od cen paliwa zależy cały transport towarów, a więc ich ceny na półkach.
Wyliczenia skutków dla Polski są dramatyczne. Wszystko zależy od cen uprawnień do emisji, a te mają być przedmiotem handlu giełdowego i mogą osiągnąć poziom nawet kilkuset euro za tonę.
Koszty wprowadzenia ETS 2 oszacowali w 2024 r. w poświęconym temu raporcie Wanda Buk i Marcin Izdebski, przyjmując za punkt wyjścia prognozy cen uprawnień, stworzone przez KE, które jednak mogą być zbyt umiarkowane. Według ich wyliczeń przeciętna rodzina ogrzewająca się gazem w 2030 r. zapłaci dodatkowo rocznie 1835 zł, ale w 2035 r. będzie to już 4670 zł. Na stronie ets2koszty.pl udostępniono kalkulator, pozwalający wyliczyć hipotetyczny koszt dla konkretnego gospodarstwa domowego. Zrobiłem takie wyliczenie, z którego wynika, że dla mnie w 2035 r. będzie to już ponad 6 tys. zł.
Wraz ze zbliżaniem się ETS 2 powinna do nas dotrzeć brutalna prawda: tu nie chodzi o żaden klimat, ratowanie planety ani nawet uwolnienie się od importu surowców energetycznych. To wyłącznie realizacja interesów poszczególnych krajów. Skąd duńska presja na politykę klimatyczną? To proste: Dania jest jednym z największych producentów turbin wiatrowych w Europie. Wytwarza je przede wszystkim Vestas. Także Niemcy i tamtejsze Enercon oraz Siemens mają wiele do ugrania na przymuszeniu innych państw do realizacji skrajnej wersji polityki klimatycznej.
Polska nie ma w tym natomiast żadnego interesu. Dlatego nadszedł czas, gdy partie chcące przejąć władzę za dwa lata – przede wszystkim Konfederacja i PiS – powinny jasno zadeklarować, jaki kurs przyjmą wobec polityki klimatycznej UE. Coraz bardziej bowiem jedynym sensownym rozwiązaniem wydaje się jednostronna odmowa implementacji ETS 2.
Łukasz Warzecha
za:idziemy.pl