Witamy serdecznie na stronie internetowej Oddziału Łódzkiego
Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy.

Mamy nadzieję, że ułatwimy Państwu docieranie do rzetelnej informacji. Tutaj chcemy prezentować wielkość oraz problemy naszego Kościoła, zagadnienia społeczne, cywilizacyjne, publikacje członków Stowarzyszenia, stanowiska w ważnych kwestiach. Nie będziemy konkurować w informacjach bieżących z innymi portalami (niektóre z nich wskazujemy w odnośnikach), natomiast gorąco zapraszamy do lektury wszystkich tekstów - ich aktualność znacznie przekracza czas prezentacji na stronie głównej. Zachęcamy do korzystania z odnośników: "Publikacje" i "Polecane". Mamy nadzieję na stały rozwój strony dzięki aktywnej współpracy użytkowników. Z góry dziękujemy za materiały, uwagi, propozycje.
Prosimy kierować je na adres: lodz@katolickie.media.pl

Wnuki Bandery i pedagogika wstydu. „Autorytety” z Czerskiej znów chcą postawić Polskę na baczność

Taki właśnie język słyszeli w ubeckich katowniach z ust oprawców o spolszczonych nazwiskach żołnierze podziemia niepodległościowego. Takie inwektywy powtarza od dziesięcioleci szeroko rozumiane środowisko GieWu w stosunku do uczestników Marszu Niepodległości, obrońców życia dzieci nienarodzonych, krytyków masowej imigracji i w zależności od aktualnej mądrości etapu – stając po stronie interesów Ukrainy, Rosji, Niemiec, Unii Europejskiej, Izraela – byle nie Polski.

„Wzywamy polityków do opamiętania w sprawie Ukrainy” – piszą na łamach „Gazety Wyborczej” Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk, Paweł Kasprzak, Cezary Łazarewicz, Piotr Niemczyk, Andrzej Seweryn i Krzysztof Skiba.

Mowa oczywiście o społecznym odbiorze inicjatywy żołnierzy Samodzielnego Centrum Operacji Specjalnych „Północ” Sił Obrony Ukrainy. Zapragnęli oni, by ich jednostka nosiła miano „Bohaterów UPA”. Prezydent Wołodymir Zełenski, „przyjaciel Polski i Polaków”, przystał na tę propozycję i ją zatwierdził.

Jak tłuką swym czytelnikom do głów autorzy listu otwartego, wojacy ci „każdego dnia przelewają krew i giną śmiercią bohaterów na ukraińsko-rosyjskim froncie. I będą w tej walce ginąć nadal. To nie zależy od tego, co o nadanym im imieniu (…) powie którykolwiek z przedstawicieli polskich władz i jak to wpłynie na mierzony sondażami stosunek Polaków do Ukraińców”.

Mamy więc siedzieć cicho, nadal przyglądać się jak nasi reprezentanci w parlamencie i rządzie ślą na Ukrainę kolejne dziesiątki miliardów w gotówce i sprzęcie; mamy nie zadawać pytać, lecz uznać, że to, co leci w naszą stronę, niesione wschodnim wiatrem, to tylko deszcz. Mamy ukłonić się, przepraszać i dziękować. Jesteśmy bowiem – jak sformułowali to już dobitnie poprzednicy ekipy Tuska – „sługami narodu ukraińskiego”. Ale to między wierszami. A co dalej w liście?

„Podobnie prezydent Wołodymyr Zełenski pozostanie niezłomnym przywódcą kraju toczącego bohaterską, krwawą wojnę obronną, której wynik zdecyduje o przyszłości naszego kontynentu, a nie wyłącznie o przyszłości Ukrainy. Nie zmieni tych faktów to, czy zachowa on polski Order Orła Białego, czy zostanie go karnie pozbawiony za obrazę uczuć i pamięci Polaków. Nie zmieni ich żadna płomienna mowa wygłoszona w Warszawie, żaden artykuł napisany w polskiej prasie i żaden sondaż przed polskimi wyborami” – instruują nas Michnikowe autorytety, które – sądząc po dość przypadkowym doborze nazwisk – miały akurat tego dnia wyznaczony dyżur.

Dalej – zgodnie z bieżącą linią – następuje rutynowe zrównanie niewyobrażalnej w swym okrucieństwie zbrodni wołyńskiej z polską reakcją. Na marginesie – ta sama narracja pojawia się też zresztą w innych wypowiedziach. Autorem jednej z nich jest wiceminister nauki w rządzie Ukr… – o zgrozo, Polski! – Andrzej Szeptycki, który w radiowym wywiadzie wprost porównał UPA do Żołnierzy Niezłomnych.

Autorytety z „Wyborczej” sięgnęły do przećwiczonego starannie na przestrzeni całych dziesięcioleci zestawu obelg wobec polskich patriotów. Wywodzi się on po części z cytowanej kiedyś przez amerykańskiego pisarza Edwarda Griffina instrukcji skierowanej do członków partii komunistycznej USA z 1943 roku: „Gdy jacyś utrudniacze zaczną być zbyt irytujący, po odpowiednim przygotowaniu nazywajcie ich faszystami, nazistami albo antysemitami i wykorzystujcie prestiż organizacji antyfaszystowskich oraz tolerancjonistycznych, by ich zdyskredytować. W świadomości publicznej nieustannie kojarzcie tych, którzy nam się sprzeciwiają, z tymi określeniami, które już mają złą opinię. Takie skojarzenie, przy dostatecznie częstym powtarzaniu, stanie się w oczach opinii publicznej faktem”.

W liście uderzyli w tę właśnie nutę: „Z zażenowaniem patrzymy na pełne pseudo-patriotycznych frazesów gęby czcicieli polskich faszyzujących nacjonalistów i gloryfikujących zbrodnie żołnierzy wyklętych. Na pochody jawnych faszystów najgorszego autoramentu, odbywające się w Polsce bez przeszkód…”.

Zwróćmy uwagę: taki właśnie język słyszeli w ubeckich katowniach z ust oprawców o spolszczonych nazwiskach żołnierze podziemia niepodległościowego. Takie inwektywy powtarza od dziesięcioleci szeroko rozumiane środowisko GieWu w stosunku do uczestników Marszu Niepodległości, obrońców życia dzieci nienarodzonych, krytyków masowej imigracji i w zależności od aktualnej mądrości etapu – stając po stronie interesów Ukrainy, Rosji, Niemiec, Unii Europejskiej, Izraela – byle nie Polski.

Ludzie ci najwyraźniej mszczą się na nas i na naszej ojczyźnie, że dostali „przydział” do kraju, którego tak serdecznie nienawidzą, a do tego muszą nosić polskie nazwiska. Dają temu wyraz na każdym kroku. Od dekad bezkarnie serwują nam pedagogikę wstydu, ale wciąż uchodzą u wielu wykształconych Polaków za moralne busole. Co tylko wzbierze w narodzie prawicowa fala, obiecują, że stąd wyjadą. Z jakichś powodów nigdy jednak tego nie robią.

Tym razem ludzie ci znowu poszli „po bandzie”. Stając murem za banderowską historiografią, używają swego rzekomego „antyfaszyzmu” właśnie w obronie formacji sprzymierzonych z niemieckim nazizmem. To karkołomny logiczny fikołek, przy którym można już doznać poważnych uszkodzeń. W obliczu hucpy zaserwowanej nam przez Zełenskiego (w poprzednim życiu – komika grającego na mało wyszukanym dowcipie) nawet co bystrzejsi tutejsi politycy w mig wyłapali bowiem społeczny odbiór kijowskiej prowokacji. Z fasad kilku urzędów miejskich na wschodzie naszego kraju zniknęły ukraińskie flagi. „Braunem” mówi w sprawie wzajemnych, asymetrycznych relacji obydwu państw już nie tylko polska ulica, ale i niedawni jeszcze piewcy dozgonnej przyjaźni z Kijowem. Jednak ci właśnie desperaci, korzystający z łamów „Wyborczej”, postanowili wbrew temu wszystkiemu pójść pod wiatr. Do grona podpisanych pod listem dołączyli – może w charakterze alibi: by móc tłumaczyć później, że to tylko zgrywa – zawodowego błazna, kumpla po fachu Zełenskiego.

Dlaczego to trik karkołomny? Otóż tak się w naszych dziejach złożyło, że z ukraińskim szowinistycznym nacjonalizmem nie po drodze było nie tylko Polsce, ale i okupacyjnej władzy sowieckiej. Stąd powojenna propaganda – milcząca na temat zbrodni NKWD i UB na naszych bohaterach – akurat o krwawych wyczynach OUN-UPA pisać i mówić pozwalała. Przynajmniej powierzchowna wiedza o tych kwestiach jest więc wśród nas powszechna.

„My – Polska i Ukraina – powinniśmy osiągnąć porozumienie, by oprzeć się Rosji. Wskazywanie na historię polsko-ukraińskich nieporozumień w przeszłości nie jest argumentem dla współczesnego realnego polityka” – cytują autorzy listu atamana Semena Petlurę. Rzecz w tym, że to nie jego wybrali na swojego patrona rezuni z „Północy”.

W reakcji na tę historyczną obrazę polska władza nie odbierałaby Zełenskiemu Orderu Orda Białego. Głównie z jednej przyczyny. To odznaczenie nigdy nie zostałoby mu nadane.  Zamknęłaby za to w trybie nagłym lotnisko w Jasionce, bo tylko taki język rozumieją nasi „sojusznicy” ze wschodu.

Roman Motoła

za:pch24.pl

 

Copyright © 2017. All Rights Reserved.