Ministra edukacji: Nie wtrącać się!
Barbara Nowacka w duchu społecznego dialogu – oczywiście takiego jak go rozumie pan premier – rzuciła w stronę księży biskupów: „Ja się nie wtrącam do religii, proszę nie wtrącać się do całej reszty”. Słowa godne Talleyranda, piewcy rewolucji francuskiej, który chciał pokryć długi państwa, zagarniając dobra kościelne. Pierwsza część wypowiedzi Nowackiej jest nieprawdziwa, a druga nie ma nic wspólnego z demokracją, państwem prawa i polityką rozumianą jako troska o dobro wspólne. To po prostu agresywna ideologia.
Ministra twierdzi, że nie wtrąca się do religii. Zapewne dlatego właśnie najpierw wyrzuciła oceny z religii ze średniej ocen na świadectwie, potem zredukowała liczbę godzin katechezy z dwóch do jednej tygodniowo, a przy okazji zarządziła, że owe lekcje mają się odbywać wyłącznie na pierwszej lub ostatniej godzinie. To wszystko, rzecz jasna, w trosce o dobro dzieci i odciążenie ich planu zajęć. To samo robili komuniści w latach 50. XX w. Rzeczywiście, Nowacka „nie wtrąca się” do religii – ona po prostu planowo ją z przestrzeni publicznej usuwa. To tak, jakby ktoś twierdził, że nie zamknął okna, a jedynie kazał okno wyjąć i zamurować otwór.
Jeszcze bardziej bałamutna jest druga część wypowiedzi, tj. „prośba”, by biskupi nie wtrącali się do „całej reszty”. Owa „reszta” to, domyślamy się, szkolnictwo. Ministra uważa zatem, że hierarchowie kościelni powinni zajmować się wyłącznie kwestiami sakramentalnymi w murach świątyń i nie zabierać głosu w sprawach dotyczących wychowania dzieci. Rzecz w tym, że wychowanie i edukacja to od wieków ważny obszar działalności Kościoła. Co więcej, to właśnie Kościół tworzył pierwsze systemy szkolnictwa. Ponadto było oczywiste, że Kościół, państwo i rodzice mają wspólne interesy, by na polu szkolnictwa współpracować, szanując nawzajem swoje prawa i kompetencje. Konstytucja RP, ten szacowny dokument, który obecna władza kompletnie lekceważy, gwarantuje rodzicom prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Biskupi, wyrażając swoje krytyczne stanowisko wobec rozporządzeń MEN, reprezentują wielu rodziców, którzy mają przekonania, w tym wyznają katolicką wiarę, i – o zgrozo – chcieliby je przekazywać swym dzieciom, także za pośrednictwem szkoły.
Wedle zasady „ja się nie wtrącam” na temat szkolnictwa wypowiadać się mogą wszyscy, a szczególnie tzw. eksperci od gender studies oraz aktywiści rozlicznych fundacji skrajnie lewicowych, ale nie biskupi. Czyżby duchowni stanowili kategorię obywateli, którzy na mocy ministerialnych dekretów nie mogą otworzyć ust i wziąć udziału w publicznej debacie? To iście nowatorskie ujęcie demokracji i pluralizmu – głos dla wybranych, milczenie dla pozostałych. Episkopat Polski, reagując na kolejne posunięcia MEN, wielokrotnie wskazywał, że wprowadzane zmiany dokonywane są bez wymaganego prawem porozumienia z Kościołem. Ministra odpowiadała, że biskupi „eskalują konflikt”. To typowa „logika” dla obecnej władzy i jej usłużnych mediów. Jeśli ktoś podnosi głos, gdy umyślnie depcze mu się po stopach, to niepotrzebnie „eskaluje napięcie”. I nie jest ważne, kto komu stoi na stopie.
W obecnej koalicji rządowej szkolnictwo jest w rękach lewicy, i to skrajnej lewicy, czego przykładem jest pani Nowacka. Taki był prawdopodobnie warunek wsparcia przez lewicę Donalda Tuska. Od dawna bowiem pranie mózgów dzieciom i młodzieży to ulubione zajęcie mentalnych spadkobierców Marksa i Lenina. Raz jeszcze pozwolę sobie na ironię: pogratulować „pobożnym paniom” i „postępowym księżom”, którzy swoimi głosami przyczynili się do tego, że szkolnictwo w Polsce znalazło się w tych, a nie innych rękach. Co gorsza, wygląda na to, że wciąż niemało osób deklarujących się jako praktykujący katolicy chce wspierać rządy, w których szkolnictwem zajmuje się „niewtrącająca się” Barbara Nowacka.
Dariusz Kowalczyk SJ
za:idziemy.pl