Witamy serdecznie na stronie internetowej Oddziału Łódzkiego
Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy.

Mamy nadzieję, że ułatwimy Państwu docieranie do rzetelnej informacji. Tutaj chcemy prezentować wielkość oraz problemy naszego Kościoła, zagadnienia społeczne, cywilizacyjne, publikacje członków Stowarzyszenia, stanowiska w ważnych kwestiach. Nie będziemy konkurować w informacjach bieżących z innymi portalami (niektóre z nich wskazujemy w odnośnikach), natomiast gorąco zapraszamy do lektury wszystkich tekstów - ich aktualność znacznie przekracza czas prezentacji na stronie głównej. Zachęcamy do korzystania z odnośników: "Publikacje" i "Polecane". Mamy nadzieję na stały rozwój strony dzięki aktywnej współpracy użytkowników. Z góry dziękujemy za materiały, uwagi, propozycje.
Prosimy kierować je na adres: lodz@katolickie.media.pl

Niszczą życie bez konsekwencji

Leszek Kraskowski wyszedł z warszawskiego aresztu po 27 dniach. Nie ma wątpliwości – była to typowa izolatka wydobywcza, by go zastraszyć i zemścić się na nim za wielomiesięczną serię artykułów o Polnordzie i Romanie Giertychu. Jak się nieoficjalnie dowiadujemy, śledczy dysponują ekspertyzą, która podważa wysłanie e-maila z pogróżkami do komendanta piaseczyńskiej policji przez Kraskowskiego. Prokuratorzy w systemie żałosnej kryptodyktatury niszczą ludziom życiorysy i nie ponoszą za to żadnej odpowiedzialności. 

Prokuratura w III RP zawsze była zależna od polityków, ale nigdy do takiego stopnia nie była tak skompromitowana, jak po wyczynach Adama Bodnara i Waldemara Żurka w rolach prokuratorów generalnych. To nie tylko awanse dla ludzi tak miernych, jak Piotr Woźniak czy Ewa Wrzosek – to przede wszystkim systemowe niszczenie opozycji i życiorysów osób, które zagrażają interesom obozu władzy – a ściślej Koalicji Obywatelskiej. 

W czerwcu aresztowany został Leszek Kraskowski. Zastanawiał ekspresowy tryb podjęcia decyzji przez sąd – w ciągu zaledwie 72 godzin zastosowano areszt tymczasowy na trzy miesiące, choć redaktor od początku nie przyznawał się do autorstwa e-maila wysłanego z fałszywego adresu do komendanta piaseczyńskiej komendy. Dziennikarz od początku zaprzeczał, by groził funkcjonariuszowi, a na posiedzeniu aresztowym nie miał obrońcy. Na taki obrót sprawy przyzwolił zresztą sąd, współpracujący z prokuraturą.

Nie było dowodów

Przez 27 dni słyszeliśmy, że Leszek Kraskowski chciał zaplanować zamach na nikomu nieznanego komendanta, a dodatkowo – jak na zawołanie – wykorzystano sprawy rodzinne dziennikarza, by odebrać mu wiarygodność i zrobić z niego wariata. Dopiero po zatrzymaniu i osadzeniu w areszcie „doklejono” Kraskowskiemu zarzuty znęcania się nad żoną. 

Tak działają mafie – coraz częściej władza chwyta się kryminalnych porachunków wobec swoich oponentów, którzy stają jej na drodze. Jak dowiedziała się „Codzienna”, Prokuratura Okręgowa w Warszawie dysponuje ekspertyzą, wedle której to nie Kraskowski wysłał ­e-maila do piaseczyńskiej policji. Na tej podstawie zwolniono go z aresztu. 

Zadziwiająco niska jest kwota poręczenia majątkowego – 25 tys. zł, które wpłacił za „zapuszkowanego” red. Tomasz Sakiewicz – to drobne, gdy w grę wchodzi rzekomy zamach na funkcjonariusza policji. 

Dziennikarz nie mógł się obronić, gdy medialnie pastwili się nad nim Roman Giertych, zastępy trolli i mediaworkerów z „Gazety Wyborczej”. 

Ewidentnie podpuszczona przez środowisko mecenasa-posła KO żona Kraskowskiego opublikowała nagrania z rodzinnej awantury, zastrzegając, że może Kraskowski nie popełnił zarzucanych mu czynów, ale to „domowy ninja” i człowiek zaburzony. Połowa internautów zaczęła odsądzać redaktora od czci i wiary, nie zważając na to, że dziwnym trafem Giertych – zaledwie sześć dni wcześ­niej – opublikował odezwę do bliskich dziennikarza, iż jego kancelaria może go reprezentować… za darmo. Kraskowskiemu poświęcił zaś dziesiątki wpisów. 
Wojciech Czuchnowski z „Wyborczej” apelował do ministra Waldemara Żurka o objęcie nadzorem śledztwa i wypuszczenie z aresztu dawnego kolegi, po czym wycofał się ze swojego listu otwartego. Powód? Uważał, że Kraskowski „jest bardziej dobry niż zły”, a na skutek publikacji skonfliktowanej z nim żony zmienia zdanie. 

Od początku swojego zainteresowania polską polityką, czyli od ponad 20 lat, jestem przekonany, że Czuchnowski jest „bardziej zły niż dobry”, ale jeśli nie będzie jednoznacznych dowodów na to, że komuś groził ­e-mailowo, to nigdy nie powinien trafić do aresztu. Przyzwoitość jest jednak czymś obcym większości środowiska upadłej „Gazety Wyborczej”. 

Giertych i jego akolici dopięli swego – zamiast o skandalicznym umorzeniu afery Polnordu i zatrzymaniu oraz areszcie na bazie jałowych poszlak mówiło się o domowych problemach i wybuchach złości Kraskowskiego, choć nie tego dotyczyły zarzuty. One były konkretne: nielegalne posiadanie broni i groźby pozbawienia życia komendanta policji w Piasecznie. 

Skrzywiona praworządność 

Po 27 dniach prokuratura obwieściła, że nie znalazła dowodów potwierdzających autorstwo e-maila Kraskowskiego. – Oprócz wersji śledczej wskazującej tego podejrzanego jako sprawcę gróźb karalnych nie sposób obecnie odrzucić alternatywnej możliwości popełnienia tego czynu przez inną bądź inne osoby – oświadczył z rozbrajającą szczerością rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie prok. Piotr A. Skiba. 

Zaraz, zaraz – czyli od początku prokuratorzy nie mieli żadnej pewności co do winy podejrzanego, a następnie w świetle prawa instytucje państwa polskiego bezpodstawnie pozbawiły go na miesiąc wolności? To tak można? Tak się zdarza w praworządnym kraju? 

Chichotem historii jest to, że to Waldemar Żurek apelował o złagodzenie polityki aresztowej i od kilku miesięcy narzeka w mediach na prezydenckie weto. Trzeba zadać proste pytania: Czy ktoś zmusił prokuraturę do wystąpienia z wnioskiem o zastosowanie najcięższego środka zapobiegawczego dla Kraskowskiego? Czy z powodu zmian w ustawie – pomijając zagrożenia, które niosła nowelizacja Kodeksu postępowania karnego – śledczym wróci rozum? 

Podpowiadam: stosowanie aresztów nie jest i nigdy nie było obligatoryjne. Żadne przepisy nie przywrócą zasad elementarnej logiki i przyzwoitości u prokuratorów. 27 dni aresztu wystarczą natomiast, by komuś złamać życie – tym bardziej gdy w warunkach aresztowych ktoś jest trzymany jako osobnik niebezpieczny. 

Żurek zaraz po zatrzymaniu dziennikarza śledczego zapowiadał, że jeśli instytucje państwa się pomylą, to przeproszą za wnioskowanie o izolację dla Kraskowskiego. Mimo upływu sześciu dni od zmiany narracji prokuratury słowo „przepraszam” nie padło. Nawet tak prozaicznych obietnic nie dowozi minister, którego ponoć ma zastąpić wkrótce Roman Giertych. 

Fałszywe zarzuty

Prokuratorzy, którzy doprowadzili do bezprawnego aresztu, za nic nie odpowiadają. Tymczasem instytucja ta – tak potrzebna w ściganiu przestępców – niszczy życiorysy niewinnym ludziom. 

Wystarczy spojrzeć na wyczyny prokuratury bodnarowsko-żurkowskiej z ostatnich tygodni. Na początku lipca usłyszeliśmy, że Sąd Rejonowy Gdańsk-Południe umorzył akt oskarżenia dotyczący brata byłego prezesa Orlenu, Daniela Obajtka. Prokuratura zarzucała Bartłomiejowi Obajtkowi, że jako były dyrektor Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Gdańsku działał na szkodę interesu publicznego przy próbie sprzedaży nieruchomości należącej do Lasów Państwowych w Gdyni. Ponadto twierdzili, że przedwstępna umowa sprzedaży mieszkania Lasów Państwowych opiewała na 33 605 zł, mimo że jego wartość rynkowa wynosiła ok. 621 tys. zł, a wyrządzona szkoda majątkowa miała przekraczać 2 mln zł. 

Skąd my to znamy? To stała śpiewka „uśmiechniętych” – robienie z kogoś złodzieja na podstawie liczb mających wywołać negatywne wrażenie. Sąd po dwóch latach od wszczęcia śledztwa nie dopatrzył się przestępstwa, za które bratu Daniela Obajtka groziło do 10 lat pozbawienia wolności. 

„Rozliczenia” miały objąć również Alvina Gajadhura – byłego głównego inspektora transportu drogowego za rządów PiS. Prokuratura postawiła mu trzy zarzuty bezprawnego ujawnienia informacji w mediach społeczno­ściowych, przeznaczonych wyłącznie do użytku służbowego. Sąd dosłownie zgruzował akt oskarżenia i umorzył sprawę. 

Prokuratorzy nie stracili swoich stanowisk, mimo oczywistej kompromitacji. Tak samo będzie z kwestią odtajnienia dokumentów dotyczących obrony na linii Wisły. Tu obóz władzy wysługuje się prokuraturą, by zemścić się na prof. Sławomirze Cenckiewiczu za serial „Reset” i książkę „Zgoda” na temat układów rządu Donalda Tuska z Rosjanami. 

Już po wszczęciu śledztwa prok. Marcin Maksjan na wstępie przyznał, że Mariusz Błaszczak jako szef MON miał prawo odtajnić wojskowe dokumenty. Ówczesny minister zrobił dokładnie to, co dziś czyni Władysław Kosiniak-Kamysz pod naporem krytyki za przekazanie rakiet do systemu Patriot dla Ukrainy. Mimo że akt oskarżenia trafił do sądu w sierpniu 2025 r., dotąd w kwestii odtajnienia planów obronnych sprzed 15 lat nie odbyła się żadna rozprawa, bo sprawa nie ma priorytetowego znaczenia dla wymiaru sprawiedliwości. 

Takich przypadków jest naprawdę wiele. Umarza się bezprecedensowe wejście służb do domu red. Tomasza Sakiewicza i skucie jego asystentki. Nie można zapomnieć o byłych urzędniczkach resortu sprawiedliwości i ks. Michale Olszewskim SCJ, trzymanych przez wiele miesięcy bezpodstawnie w aresztach wydobywczych. Te osoby wyszły na wolność głównie ze względu na presję prawicowych mediów, w tym Republiki. 

Jednocześnie przejęta w nielegalny sposób prokuratura tuszuje afery z udziałem prominentnych polityków KO. Odwleka przesłuchanie platformerskiego młokosa Dawida Kacprzyka, który już dawno powinien mieć status podejrzanego w śledztwie wokół Warszawskiego Szpitala Południowego, a zajmuje się sygnalistą, dr. Emilem Jędrzejewskim. 

Tak działa dziś państwo pod rządami Donalda Tuska. Maskuje siłę wobec swoich, działa z impetem, gdy ktoś stanie mu na drodze. I, co najgorsze, prokuratorzy, sędziowie i policjanci nie ponoszą za to jakiejkolwiek odpowiedzialności.

Kompromitacja RPO w sprawie prokuratora Jana Drelewskiego. Wiącek chowa głowę w piasek

Rzecznik Praw Obywatelskich Marcin Wiącek rękami swojego zastępcy Stanisława Trociuka de facto odmówił zajęcia się sprawą represjonowanego prokuratora Jana Drelewskiego. Wniosek o podjęcie tej sprawy przez RPO złożył poseł Prawa i Sprawiedliwości Sebastian Kaleta. Drelewski to autor aktu oskarżenia przeciwko byłemu ministrowi transportu Sławomirowi Nowakowi. Po objęciu władzy w prokuraturze przez Waldemara Żurka zaczął być szykanowany za prowadzenie tej sprawy. Wcześniej przy tym samym stanie faktycznym prokuratura Adama Bodnara popierała akt oskarżenia, w którym zarzucono Nowakowi przestępstwa korupcyjne.

Poruszony sprawą Jana Drelewskiego musiał być również były wiceminister sprawiedliwości Sebastian Kaleta, bo w ramach interwencji poselskiej skierował do Rzecznika Praw Obywatelskich wniosek o zajęcie się sprawą Drelewskiego przez prof. Marcina Wiącka. Wskazał w nim, że działania podjęte wobec prokuratora sprawiają wrażenie represji i zwrócił się o zbadanie prawidłowości kroków podjętych w prokuraturze.

Zapoznaliśmy się z odpowiedzią, którą otrzymał Sebastian Kaleta. Podpisał się pod nią Zastępca Rzecznika Praw Obywatelskich Stanisław Trociuk. Zważywszy na to, że pochodzi ona od organu, i to umocowanego w Konstytucji RP, który ma zadanie stać na straży praw obywateli, jej treść szokuje z uwagi na skrajną defensywność i wręcz odwracanie wzroku na istotę sprawy Drelewskiego, którą poseł naszkicował w swoim wniosku.

Stanowisko RPO można streścić następująco: jak Jan Drelewski czuje się pokrzywdzony odwołaniem z delegacji, niech idzie do sądu, zgodnie ze ścieżką wskazaną wcześniej przez Sąd Najwyższy. W sprawie jego „dyscyplinarki” (formalnie chodzi o wstępny etap tego postępowania, czyli postępowanie wyjaśniające) nic nie możemy zrobić. Przyznajemy, że przepisy regulujące kwestie delegacji są niedobre.

Dobrze też oddaje je wierny cytat z odpowiedzi:

    Rzecznik Praw Obywatelskich nie ma zaś uprawnień procesowych do udziału w postępowaniu dyscyplinarnym, ani możliwości zaskarżenia tzw. ustrojowych decyzji Prokuratora Generalnego, podejmowanych poza reżimem prawa administracyjnego, takich jak rozstrzygnięcia w przedmiocie delegacji prokuratorskich.

W niniejszym zdecydowanie publicystycznym tekście chcielibyśmy Panu Trociukowi powiedzieć kilka rzeczy do słuchu. 

Otóż, Panie Rzeczniku, błądzi Pan. Faktycznie urząd, który Pan reprezentuje, nie ma żadnych uprawnień procesowych w postępowaniu dyscyplinarnym. Jednak ono toczy się na zasadach prawa karnego procesowego i nie ma żadnych przeszkód, by Pan, lub Pana przedstawiciel brał w nim udział jako obserwator. Po to, by widząc bezprawie, interweniować później zgodnie z ustawowymi możliwościami. Te możliwości to choćby nawet wytykanie bezprawia w postaci publikacji. Albo pism do Prokuratora Generalnego czy Krajowego z wnioskami o zaprzestanie łamania prawa. Na tym między innymi polega rola RPO i w przeszłości wielokrotnie miało to miejsce.

Tak było na przykład w sprawie skandalicznej, niehumanitarnej delegacji prokuratora Mariusza Krasonia, gdzie RPO Adam Bodnar udzielił mu pełnego wsparcia. Było to również wsparcie w postępowaniu sądowym, które Krasoń wytoczył przełożonym. Gdyby zajął się Pan sprawą Drelewskiego, wiedziałby Pan, że on również skierował pozew. I tak, jak Bodnar, mógłby Pan wesprzeć prokuratora. Ale Pan wolał wsadzić głowę w piasek.

Pisze Pan, że nie ma Pan żadnych możliwości zaskarżania ustrojowych decyzji Prokuratora Generalnego. Ale czy do licha ma to znaczyć, że ma być Pan ślepy na to, że decyzje te są ewidentnie bezprawne? Przecież nie ma Pan również żadnych uprawnień na zmianę sytuacji aresztowanych, a mimo to podjął Pan badanie sytuacji np. księdza Michała Olszewskiego!

Poseł Sebastian Kaleta w swoim wniosku wprost wskazał, że w przypadku decyzji Waldemara Żurka o odwołaniu Jana Drelewskiego z delegacji wielu prawników wskazywało, że nie miał on do tego uprawnień. Pan w odpowiedzi do posła Kalety w ogóle się do tego wątku nie odniósł. To zdumiewająca bezczelność lub indolencja! Może jednak przemyśli Pan swoją odpowiedź.

Nas w tej sprawie najbardziej oburza jednak coś innego. A mianowicie to, że do ataku na Jana Drelewskiego doszło przy takim samym stanie faktycznym sprawy przeciwko Nowakowi, jaki miał miejsce za czasów rządów w prokuraturze Adama Bodnara. Przełożony Jana Drelewskiego prok. Michał Mistygacz nie miał nic przeciwko temu, że prokuratura odrzucała wnioski oskarżonych w tej sprawie o wycofanie aktu oskarżenia czy umorzenie sprawy. Czyli innymi słowy, kierowana przez Michała Mistygacza prokuratura przez kilkanaście miesięcy popierała akt oskarżenia!!! Aż nagle przyszedł Żurek i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmienił się klimat.

Jak w takich okolicznościach tej sprawy Rzecznik Praw Obywatelskich może utrzymywać, że to nie jest sprawa dla niego? Przecież charakter tej sprawy jest aż nadto dobrze widoczny. Obywatel Jan Drelewski stoi sam przeciwko państwowej machinie zaprzęgniętej do tego, by Sławomir Nowak w finale tego przedstawienia wjechał na białym koniu. A że wymaga to ucięcia głowy Jana Drelewskiego? A cóż to za problem!

Żałosna odpowiedź, którą przekazał Pan posłowi Sebastianowi Kalecie nie jest na szczęście prawomocną decyzją procesową. Nadal może się Pan zachować przyzwoicie. I zgodnie z celami zapisanymi w Konstytucji RP. Odwagi!

Jakub Pilarek, Grzegorz Wszołek

za:niezalezna.pl

Copyright © 2017. All Rights Reserved.