Witamy serdecznie na stronie internetowej Oddziału Łódzkiego
Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy.

Mamy nadzieję, że ułatwimy Państwu docieranie do rzetelnej informacji. Tutaj chcemy prezentować wielkość oraz problemy naszego Kościoła, zagadnienia społeczne, cywilizacyjne, publikacje członków Stowarzyszenia, stanowiska w ważnych kwestiach. Nie będziemy konkurować w informacjach bieżących z innymi portalami (niektóre z nich wskazujemy w odnośnikach), natomiast gorąco zapraszamy do lektury wszystkich tekstów - ich aktualność znacznie przekracza czas prezentacji na stronie głównej. Zachęcamy do korzystania z odnośników: "Publikacje" i "Polecane". Mamy nadzieję na stały rozwój strony dzięki aktywnej współpracy użytkowników. Z góry dziękujemy za materiały, uwagi, propozycje.
Prosimy kierować je na adres: lodz@katolickie.media.pl

Prezydent wszystkich Polaków?


Czy Karol Nawrocki będzie prezydentem dialogu? Czy będzie prezydentem wszystkich Polaków? Te pytania komentatorzy w niektórych stacjach i gazetach zadawali przy okazji zaprzysiężenia nowego prezydenta z takim zapamiętaniem, jakby nie chodziło o polityczny urząd obsadzany wskutek powszechnego głosowania, ale o wybór papieża. Tymczasem oba te pytania są chybione, a nawet obłudne.


Fraza „prezydent wszystkich Polaków” była chwytem wyborczej propagandy z połowy lat 90., a wrzucić ją można do tego samego worka, co inne świetne hasło: „Wybierzmy przyszłość”, używane wtedy przez postkomunistyczną lewicę, uciekającą od swojej nieciekawej przeszłości. Prezydent RP to urząd polityczny. Kandydaci na niego startują z konkretnymi propozycjami, a w starciu w drugiej turze – o ile do niej dochodzi – głosujący muszą dokonać ostatecznego wyboru i właśnie w tej fazie kontrast pomiędzy kandydatami na ogół objawia się najwyraziściej, mimo że obaj muszą sięgnąć po stosunkowo szeroką grupę wyborców. Druga strona w tych wyborach jest przegrana (może powinienem to napisać wersalikami, żeby stało się lepiej zrozumiałe). Przegrana – czyli to nie jej program, wizja światopoglądowa czy preferencje mają zostać uwzględnione. Aby być „prezydentem wszystkich Polaków”, głowa państwa musiałaby w zasadzie zdradzić swoich wyborców i kompletnie rozmyć własne poglądy oraz zrezygnować ze stosowania przysługujących jej narzędzi legislacyjnych. Pomijając fakt, że formalnie rzecz biorąc, prezydent państwa polskiego jest prezydentem każdego z polskich obywateli, czy to się komuś podoba czy nie.

Jasne, że kompetencje prezydenta – wbrew mitowi wcale nie tak wąskie – nie są tożsame z rządowymi, a więc jego aktywność polityczna ma nieco inny charakter. Lecz mimo to absolutnie umożliwia realizację jasnej i klarownej linii politycznej. Nikt przy zdrowych zmysłach nie może zatem zarzucać Karolowi Nawrockiemu, że będzie prezydentem o wyraziście konserwatywnych poglądach i tak będzie w polityce działał, podobnie jak w razie wygranej Rafała Trzaskowskiego nie można by czynić mu zarzutu z tego, że nie realizuje takiego właśnie programu.

Można się oczywiście spierać, do jakiego stopnia prezydent powinien pełnić rolę moderującą, łagodzącą i czy w przypadku rządowego radykalizmu od czasu do czasu nie powinien zostać właśnie reprezentantem „tych drugich” – to jest uprawnione pytanie. Ale od czasu do czasu, a nie stale.

To powiedziawszy, trzeba jednak zgłosić wątpliwość w sprawie zapowiedzianej przez nowego prezydenta pracy nad nową konstytucją. Czym innym bowiem jest normalna praca prezydenta, który ma prawo reprezentować własny obóz polityczny, a czym innym opracowanie nowej ustawy zasadniczej. Zakładając, że prawa strona miałaby w przyszłym Sejmie większość dwóch trzecich niezbędną do zmiany konstytucji, można sobie oczywiście wyobrazić ustawę zasadniczą uwzględniającą jedynie postulaty i poglądy tej jednej strony. Ale czy nie byłby to ostateczny cios w naszą polityczną wspólnotę?

Nie ma tu łatwych odpowiedzi. Gdyby konstytucja była zmieniana, największy spór dotyczyłby zapewne jej pierwszej części – tej, gdzie zawarte są deklaracje o fundamentach ustroju i państwa. To, co zapisano tam w 1997 r., dzisiaj byłoby już nie do zaakceptowania dla znacznej części lewicy, wliczając sporą część Koalicji Obywatelskiej; dla części prawej strony byłoby to z kolei o wiele za mało. Może zatem do sprawy powinniśmy podejść bardziej konserwatywnie – w najbardziej podstawowym, Burke’owskim sensie tego słowa – i zamiast rzucać się na tworzenie nowej konstytucji, gwoli zachowania wątłych podstaw politycznej wspólnoty, pozostać przy planie poprawek, wyjaśniających mielizny i niejasności?

Łukasz Warzecha

za:idziemy.pl

Copyright © 2017. All Rights Reserved.