Prezydent wszystkich Polaków?
Czy Karol Nawrocki będzie prezydentem dialogu? Czy będzie prezydentem wszystkich Polaków? Te pytania komentatorzy w niektórych stacjach i gazetach zadawali przy okazji zaprzysiężenia nowego prezydenta z takim zapamiętaniem, jakby nie chodziło o polityczny urząd obsadzany wskutek powszechnego głosowania, ale o wybór papieża. Tymczasem oba te pytania są chybione, a nawet obłudne.
Fraza „prezydent wszystkich Polaków” była chwytem wyborczej propagandy z połowy lat 90., a wrzucić ją można do tego samego worka, co inne świetne hasło: „Wybierzmy przyszłość”, używane wtedy przez postkomunistyczną lewicę, uciekającą od swojej nieciekawej przeszłości. Prezydent RP to urząd polityczny. Kandydaci na niego startują z konkretnymi propozycjami, a w starciu w drugiej turze – o ile do niej dochodzi – głosujący muszą dokonać ostatecznego wyboru i właśnie w tej fazie kontrast pomiędzy kandydatami na ogół objawia się najwyraziściej, mimo że obaj muszą sięgnąć po stosunkowo szeroką grupę wyborców. Druga strona w tych wyborach jest przegrana (może powinienem to napisać wersalikami, żeby stało się lepiej zrozumiałe). Przegrana – czyli to nie jej program, wizja światopoglądowa czy preferencje mają zostać uwzględnione. Aby być „prezydentem wszystkich Polaków”, głowa państwa musiałaby w zasadzie zdradzić swoich wyborców i kompletnie rozmyć własne poglądy oraz zrezygnować ze stosowania przysługujących jej narzędzi legislacyjnych. Pomijając fakt, że formalnie rzecz biorąc, prezydent państwa polskiego jest prezydentem każdego z polskich obywateli, czy to się komuś podoba czy nie.
Jasne, że kompetencje prezydenta – wbrew mitowi wcale nie tak wąskie – nie są tożsame z rządowymi, a więc jego aktywność polityczna ma nieco inny charakter. Lecz mimo to absolutnie umożliwia realizację jasnej i klarownej linii politycznej. Nikt przy zdrowych zmysłach nie może zatem zarzucać Karolowi Nawrockiemu, że będzie prezydentem o wyraziście konserwatywnych poglądach i tak będzie w polityce działał, podobnie jak w razie wygranej Rafała Trzaskowskiego nie można by czynić mu zarzutu z tego, że nie realizuje takiego właśnie programu.
Można się oczywiście spierać, do jakiego stopnia prezydent powinien pełnić rolę moderującą, łagodzącą i czy w przypadku rządowego radykalizmu od czasu do czasu nie powinien zostać właśnie reprezentantem „tych drugich” – to jest uprawnione pytanie. Ale od czasu do czasu, a nie stale.
To powiedziawszy, trzeba jednak zgłosić wątpliwość w sprawie zapowiedzianej przez nowego prezydenta pracy nad nową konstytucją. Czym innym bowiem jest normalna praca prezydenta, który ma prawo reprezentować własny obóz polityczny, a czym innym opracowanie nowej ustawy zasadniczej. Zakładając, że prawa strona miałaby w przyszłym Sejmie większość dwóch trzecich niezbędną do zmiany konstytucji, można sobie oczywiście wyobrazić ustawę zasadniczą uwzględniającą jedynie postulaty i poglądy tej jednej strony. Ale czy nie byłby to ostateczny cios w naszą polityczną wspólnotę?
Nie ma tu łatwych odpowiedzi. Gdyby konstytucja była zmieniana, największy spór dotyczyłby zapewne jej pierwszej części – tej, gdzie zawarte są deklaracje o fundamentach ustroju i państwa. To, co zapisano tam w 1997 r., dzisiaj byłoby już nie do zaakceptowania dla znacznej części lewicy, wliczając sporą część Koalicji Obywatelskiej; dla części prawej strony byłoby to z kolei o wiele za mało. Może zatem do sprawy powinniśmy podejść bardziej konserwatywnie – w najbardziej podstawowym, Burke’owskim sensie tego słowa – i zamiast rzucać się na tworzenie nowej konstytucji, gwoli zachowania wątłych podstaw politycznej wspólnoty, pozostać przy planie poprawek, wyjaśniających mielizny i niejasności?
Łukasz Warzecha
za:idziemy.pl