Z wielkiej chmury mały deszcz. Kompromitacja Bodnara, Giertycha i Tuska, miliony wyrzucone w błoto. Skala nieprawidłowości wyborczych to... 1500 głosów
Ta akcja miała udowodnić, że wybory zostały sfałszowane, a prezydentem powinien zostać Rafał Trzaskowski. Udowodniła zupełnie co innego: żeby odwrócić uwagę od swojej klęski, władza rozkręciła hucpę, za którą grube miliony złotych zapłacą polscy podatnicy.
Przypomnijmy: Roman Giertych i spółka domagali się ponownego przeliczenia głosów ze wszystkich komisji. Ówczesny minister sprawiedliwości Adam Bodnar wiedział, że to niewykonalne i po prostu koszmarnie głupie, ale jednocześnie bał się wściekłości fanatyków spod znaku Silnych Razem, a może i samego Donalda Tuska, który domagał się odpowiedzi na pytanie, „kto naprawdę wygrał wybory” (choć doskonale wiedział, że Karol Nawrocki).
Stanęło więc na ponownym przeliczeniu głosów z 250 komisji wytypowanych przez ekspertów powołanych przez bodnarowców. Według ich opinii ryzyko błędów w przeliczeniu głosów w tych komisjach miało być „bardzo wysokie” lub „wysokie”. To ważne: nie badano losowych komisji, tylko takie, gdzie od początku dopatrywano się błędów czy „fałszerstw”.
I co? I nic! W 166 komisjach – przypomnijmy, ryzyko błędu w pierwszym liczeniu miało tu być „bardzo wysokie” lub „wysokie” – nie stwierdzono żadnych rozbieżności. W protokołach wpisano dokładnie te same liczby, które wyszły z przeliczenia kart przez prokuratorów. To 66 procent wszystkich badanych komisji. Powtórzmy po raz trzeci: komisji, gdzie prawie na pewno miało być coś nie tak.
W 84 komisjach rozbieżności stwierdzono. Czy we wszystkich „ukradziono” głosy Trzaskowskiego i przyznano je Nawrockiemu? A gdzie tam! W 8 komisjach tak naprawdę nie było żadnych nieprawidłowości, choć bodnarowcy zaliczyli je do grupy tych „pomylonych”. Tu bowiem chodziło o złe zliczenie głosów nieważnych, co nie ma żadnego wpływu na ogólną liczbę głosów dla danego kandydata. Sami bodnarowcy dodają, że to błędy dotyczyły „pojedynczych” głosów.
W 16 komisjach doszło do ewidentnej, wynikającej pewnie ze zmęczenia albo zdenerwowania ciężko pracujących ludzi pomyłki. Głosy oddane na Nawrockiego przypisano Trzaskowskiemu i odwrotnie. Ktoś po prostu pomylił rubryki. Członkowie komisji sami zresztą często odkrywali swoje błędy i zgłaszali je do Państwowej Komisji Wyborczej – często z płaczem za nie przepraszając.
Idźmy dalej. W 42 komisjach przynajmniej część głosów oddanych na Rafała Trzaskowskiego została zaliczona na Karola Nawrockiego. Straszne, prawda? Oszukali! Ukradli! Tyle, że w 34 komisjach było odwrotnie – przynajmniej część głosów oddanych na Nawrockiego przypisano Trzaskowskiemu.
W sumie, we wszystkich 250 komisjach (powtórzmy czwarty raz: chodzi o komisje, które były bardzo podejrzane, w których prawie na pewno miało dojść do strasznych przewałów) różnica pomiędzy faktyczną liczbą głosów a tym, co zostało wpisane do protokołów była minimalna.
„W 250 sprawdzonych komisjach Karol Nawrocki otrzymał łącznie 48 473 głosy, zaś Rafał Trzaskowski 43 709 głosów. Tymczasem zgodnie z protokołami wyborczymi Karol Nawrocki miał otrzymać 50 011 głosów, a Rafał Trzaskowski 42 168 głosów.
Tak więc oględziny kart do głosowania wskazują zatem, że w 250 zbadanych komisjach Karol Nawrocki otrzymał o 1538 głosów mniej, a Rafał Trzaskowski o 1541 głosów więcej, niż wynikało z oficjalnych protokołów wyborczych” – czytamy w komunikacie Prokuratury Krajowej.
Aby z powodów czysto politycznych udowodnić coś, co nie miało miejsca, wydano miliony złotych, doprowadzono do rozpaczy tysiące osób pracujących w komisjach i, co najważniejsze, podważono zaufanie do państwa. Ktoś musi za to zapłacić.
Sensacyjne oświadczenie Hołowni: "Namawiali mnie na zamach stanu". Zapowiada ujawnienie nazwisk
Szymon Hołownia powiedział na antenie Polsat News, że był namawiany do przeprowadzenia zamachu stanu.
- Namawiano mnie na zamach stanu, przyjdzie czas, to ujawnię nazwiska. Przychodzili różni ludzie, prawnicy, politycy, sfrustrowani wynikiem wyborów - powiedział na antenie Polsat News marszałek Sejmu Szymon Hołownia.
To pierwsze tak precyzyjne określenie tej sprawy przez Szymona Hołownię. Wcześniej polityk mówił, że "zamach stanu to bez niego" w kontekście na przykład sugestii, by nie zwoływać posiedzenia Zgromadzenia Narodowego czy nie przyjmować przysięgi od Karola Nawrockiego.
Oświadczenie Hołowni wywołało burzę. Politycy i komentatorzy podkreślają, że marszałek ma obowiązek zgłosić sprawę do prokuratury. Publicznie, w telewizji na żywo powiedział wszak, że planowany był zamach stanu i że on odmówił w nim udziału.
- Panie Marszałku, Pan tego tak nie może zostawiać. Polacy mają prawo wiedzieć, a prokuratura ma obowiązek rozliczyć. Za wschodnią granicą wojna a w Polsce frustratom się zamach stanu zamarzył!? Szok! - skomentował na przykład poseł PiS Kacper Płażyński.
"Bardzo wyraźna propozycja"
Hołownia potwierdził dziś niejako informacje ujawnione kilka tygodni temu przez dziennikarza telewizji Polsat News Marcina Fijołka. Według niego Donald Tusk miał zgłosić Szymonowi Hołowni „bardzo wyraźną propozycję, ofertę albo sugestię”, żeby ten nie zwoływał w terminie Zgromadzenia Narodowego a co za tym idzie – nie przyjmował przysięgi od Karola Nawrockiego. Zdaniem Fijołka chodziło o to, aby Hołownia „zrobił jeszcze jakiś gest, który pozwoliłby odłożyć to przyznanie zwycięstwa Karolowi Nawrockiemu, by te głosy jeszcze były liczone albo gdzieś tam było zawieszone to, kto jest prezydentem”.
Według Fijołka świadectwem tych nacisków czy sugestii może być wpis Donalda Tuska na X z 26 czerwca. Premier napisał wówczas:
"Przed liderami Koalicji 15X poważna próba. Wiem, trudno znaleźć legalne i skuteczne sposoby działania w tym ustrojowym bałaganie, jaki odziedziczyliśmy po PiS. Jeśli nie wiecie, jak się zachować, to na wszelki wypadek zachowajcie się przyzwoicie. I nie dajcie się podzielić".
Zawiadomienie o przestępstwie
Dwa tygodnie temu zawiadomienie o przestępstwie, jakie mógł popełnić Tusk złożył związany z PiS prawnik, a w latach 2020-2024 także członek Państwowej Komisji Wyborczej Dariusz Lasocki. Dotyczy ono możliwości podżegania Hołowni do opóźnienia bądź nieodebrania przysięgi przez prezydenta elekta.
Lasocki podkreślał, że informacje przedstawione w programie Marcina Fijołka są „bardzo wiarygodne”, a on sam działa „w imieniu i na rzecz wyborców”.
- Działania i zaniechania w tym względzie to nie tylko złamanie konstytucji, ale także Kodeksu Wyborczego i Kodeksu Karnego – pisał na X Dariusz Lasocki.
Jeśli prokuratura uznałaby, że premier Tusk rzeczywiście nakłaniał Hołownię, by wbrew konstytucji i ustawom nie zaprzysięgał Nawrockiego, moglibyśmy mieć do czynienia z przestępstwem przygotowywania zamachu stanu. Grozi za to do 20 lat więzienia.
za:wpolsce24.tv